Gdyby ktoś przed obecnym sezonem powiedział, że po dziewięciu kolejkach La Liga Levante UD będzie wyżej w tabeli niż jego derbowy rywal, czyli Valencia CF, raczej zostałby poczęstowany pobłażliwym uśmiechem. Gdyby dodał, że plecy „Granotas”, lidera, który nie przegrał meczu, będą oglądać Barcelona i Real Madryt - uznano by go za kompletnego idiotę.
Tymczasem „Królewscy” i „Duma Katalonii” muszą zadowolić się drugim i trzecim miejscem, a podopieczni Unaia Emery'ego do meczu derbowego nie przystąpią w roli faworyta...
Niemożliwe nie istnieje
Parę lat temu często można było zobaczyć reklamę pewnej marki, której towarzyszyło hasło „Impossible is nothing”. Owa marka reklamowana była przez Davida Beckhama. Trzeba przyznać, że boski David ożeniony z tym hasłem, był równie naturalny jak Smuda w dresie. Hasło „impossible is nothing” przypomniało mi się, gdy przyglądałem się temu, co wyprawiają zawodnicy Levante. Tak, ten slogan pasuje do ich wyczynów. Gość, który w pięć minut może mieć wszystko, czyni go banalnym.
Po kolei. Pierwsze miejsce w tabeli najsilniejszej ligi świata po dziewięciu kolejkach (nigdy wcześniej Levante nie liderowało Primera Division); 17 goli strzelonych (to akurat nie rzuca na kolana), ale tylko pięć straconych; siedem zwycięstw z rzędu (w tym to najważniejsze - nad Realem Madryt i przeczołganie dwóch - teoretycznie - również dużo silniejszych ekip, Malagi i Villarrealu). Aitor Karanka, asystent Jose Mourinho, powiedział, że na tę chwilę najsilniejszą drużyną hiszpańską jest Levante. I nawet jeśli było to tylko dosłowne odczytanie ligowej tabeli, trudno tego stwierdzenia nie potraktować jako komplementu. A mówimy o klubie, który wygrał podczas swej długiej historii tylko jedno znaczące trofeum - Copa de la Espana Libre (1937 r.), czyli coś w rodzaju Pucharu Hiszpanii. Jednak hiszpańska federacja piłkarska nie traktuje tego lauru jako oficjalnego.