Pogoń Szczecin była murowanym kandydatem do awansu do ekstraklasy. Po rundzie jesiennej "Portowcy" byli liderem i nic nie wskazywało, by mogli mieć problemy z wykonaniem zakładanego celu. Jednak na wiosnę szczecinianie w jedenastu meczach zdobyli tylko dziesięć punktów i prawdopodobnie będą walczyć o awans do ostatniej kolejki. - Może zbyt mocno uwierzyliśmy, że jesteśmy blisko ekstraklasy? - zastanawia się Vuk Sotirović, serbski napastnik Pogoni.
- Zgodzisz się, że wygrany w Łęcznej mecz był dla was tym "o życie"?
- Znaleźliśmy się w takiej sytuacji, że praktycznie do końca będziemy grali o życie. Wszyscy, którzy przyszli do Pogoni Szczecin wiedzieli, po co to robią i jaki cel jest postawiony przez działaczy. Każdy zdawał sobie sprawę z tego, że będzie ciężko, bo na głównym faworycie zawsze ciąży presja i zdobywanie punktów nie przychodzi łatwo. Zresztą nasze ostatnie mecze to potwierdzają. Wynika to głównie z tego, że gramy świetne pierwsze połowy i dużo słabsze drugie. W Łęcznej było podobnie. Mimo że nie straciliśmy bramki, to nasz zawodnik dostał czerwoną kartkę i grało się trudniej.
- Dopiero będąc pod ścianą stanęliście na wysokości zadania...
- To spotkanie tylko potwierdziło, że nie ma łatwych meczów. Myślę, że w Łęcznej pokazaliśmy się z dobrej strony. Przede wszystkim zagraliśmy walecznie i mimo ostatnich fatalnych wyników oraz wyzwisk jakie kierowano pod naszym adresem, udowodniliśmy, że się nie poddajemy i pozostajemy w walce o awans. Zdajemy sobie jednak sprawę, że to zwycięstwo nic nam nie da, jeśli w kolejnych meczach nie będziemy zwyciężać.
- Pogoń nie zagrała efektownie, jak jesienią, ale w waszym przypadku styl chyba schodzi teraz na drugi plan?
- Z tym się do końca nie zgodzę. Większość zespołów przyjeżdża do Łęcznej się bronić, a my - jak zawsze - postawiliśmy na ofensywę. Może faktycznie za dużo pięknego futbolu nie było, ale mieliśmy wyraźną przewagę, którą udokumentowaliśmy bramką. We wcześniejszych meczach na pewno graliśmy efektowniej, tylko co z tego, jak nie przynosiło to punktów? Jeśli wywalczymy awans, to o tych kilku brzydszych meczach nikt później nie będzie pamiętał.
- Przed rundą wiosenną byliście murowanym kandydatem do awansu i chyba sami nie spodziewaliście się, że możecie mieć jakiekolwiek problemy z wywalczeniem promocji?
- Może to wszystko trochę zamydliło nam oczy, bo zbyt mocno uwierzyliśmy, że jesteśmy blisko ekstraklasy? Prawda jest taka, że gdybyśmy punktowali tak, jak jesienią, to teraz moglibyśmy już świętować awans. Było kilka kolejek, w których mecze rywali układały się dla nas doskonale, ale nie wykorzystaliśmy szansy. Dlatego o awans będziemy najprawdopodobniej walczyli do ostatniej kolejki.
- Kibice gorzkimi słowami w jakiś sposób was zmotywowali?
- Takie słowa, czy gwizdy podczas meczów wcale nas nie motywują, a jedynie przeszkadzają. To jest tak jak z wychowaniem dziecka: jeśli będziesz mu wmawiał, że jest głupie, to ono w końcu w to uwierzy. Ja wiem, że trzeba się wspierać, mówić, że będzie dobrze, bo taka jest psychologia człowieka. Ktoś może powiedzieć, że tych gwizdów i krytyki nie słyszy, ale to naprawdę siedzi w głowie i tylko deprymuje. Dlatego proszę kibiców o wsparcie, ponieważ my tak samo jak oni, a może nawet bardziej, chcemy tego awansu. Gra w pierwszej lidze naprawdę nie jest szczytem naszych marzeń.
- Jakiś czas temu powiedziałeś, co myślisz o szczecińskich kibicach. Czy konflikt, który zrodził się między tobą, a fanami klubu został zażegnany?
- Powiedziałem jedno słowo, którego już nie będę powtarzał (Vuk stwierdził, że fani Pogoni, to "kibice sukcesu" - red.). Ludzie, którzy mnie spotykali i są kibicami przyznawali, że mam rację... Ogólnie mi chodziło o jedno. Kiedyś grałem w Szczecinie i atmosfera była wspaniała. Przychodząc do Pogoni liczyłem na to wsparcie kibiców, ale go zabrakło, przez co miałem żal. W pewnym momencie powiedziałem nawet: "dobra, możecie na mnie gwizdać, ale przynajmniej nie róbcie tego na innych". To jednak też nie pomogło i musimy sobie jakoś z tym poradzić. Ja na boisku będę się starał robić wszystko, by nas nie wygwizdywali, a oklaskiwali. Jednocześnie liczę, że w tych ważnych chwilach kibice będą z nami i będą naszym dwunastym zawodnikiem.
- Akurat tobie kibice najbardziej zarzucają lenistwo i brak zaangażowania. Jak to odbierasz i jak reagujesz na takie słowa?
- Co innego jest lenistwo, a co innego nieprzygotowanie do sezonu. Kiedy przyszedłem do Pogoni byłem bez przepracowanego okresu przygotowawczego. Może niektórzy liczyli, że w każdym meczu będę kiwał po pięciu rywali i strzelał bramkę, ale tak nie było. Lenistwo? Nie chcę tego komentować. Prawda jest taka, że kiedy niby byłem leniwy, to potrafiłem zdobyć gola. Tacy są ludzie - jednym się coś podoba, innym nie. Każdy ma prawo do własnego zdania.
- Od kilku tygodni trenerem Pogoni jest Ryszard Tarasiewicz, z którym dobrze układało ci się w Śląsku Wrocław...
- Z tym trenerem pracowałem już w dwóch poprzednich klubach i zawsze miałem z nim dobry kontakt. Nie będę mówił jaki to jest szkoleniowiec, ale jako człowiek jest dla mnie wzorcem, bo w naprawdę wielu przypadkach ma rację. Chcę grać jak najlepiej, nie tylko, by pomóc jemu, ale też kolegom i ludziom ze Szczecina. To miasto zasługuje na piłkę na wysokim poziomie. Po meczu w Łęcznej wróciła wiara, ale zostały nam jeszcze do wykonania cztery ważne kroki.
- Na początku sezonu powiedziałeś, że nie masz nic przeciwko Niecieczy, ale liczysz, że za rok będziecie grali na lepszych stadionach. Jak dużym zaskoczeniem pod względem sportowym jest dla ciebie postawa tego zespołu?
- Nieciecza ma całkiem niezły skład. Zagraliśmy z nimi dwa mecze, w których zaprezentowali się dobrze. W Szczecinie raziła nasza nieskuteczność, ale ich zwycięstwo było zasłużone. Co do mojej wypowiedzi, to nie miałem na myśli tylko Niecieczy. Bo gdyby wszystkie kluby w pierwszej lidze miały takie stadiony jak ten w Niecieczy, to jeszcze byłoby dobrze. Patrząc na obiekty w Elblągu, Radzionkowie czy w Stróżach, gdzie nie byłem, ale słyszałem jak to tam wygląda, w głowie się nie mieści, że takie stadiony w ogóle istnieją. No ale i z tym trzeba sobie jakoś radzić...
- Zapytam cię jeszcze o twój były klub, Śląsk Wrocław. Gratulowałeś kolegom zdobycia mistrzostwa Polski?
- Pewnie, że tak. Cały czas mam kontakt z niektórymi chłopakami i im pogratulowałem. Naprawdę bardzo się cieszę, że Śląsk zdobył mistrzostwo, tak samo cieszyłem się zresztą, kiedy w tamtym sezonie wywalczył wicemistrzostwo. Mimo że jestem w Pogoni, to Śląsk jest dla mnie klubem numer jeden w Polsce. Po prostu zakochałem się we Wrocławiu, dobrze mi się tam żyło, ale te czasy minęły i nie ma co ich rozpamiętywać. Teraz jestem w Szczecinie, piłkarsko najważniejsza jest dla mnie Pogoń, chcę z nią awansować i występować w ekstraklasie.
- Twoim zdaniem triumf Śląska w lidze ukazuje jej słabość? Kadrowo było kilka lepszych drużyn od wrocławian...
- Wszyscy byli przekonani, że tytuł zdobędzie Legia Warszawa. Po tym zwycięstwie 4:0 we Wrocławiu już praktycznie wręczano im medale. Teraz to jest ich problem, że nie wykorzystali szansy, którą mieli. Muszę przyznać, że Legii też w jakiś sposób kibicuję. W Serbii jestem za Partizanem, a w Polsce jako Partizan "czuję" tę Legię. Nie wiem dlaczego, ale tak jest. Ogólnie cieszę się jednak, że mistrzostwo powędrowało do Wrocławia. Jeszcze kiedy byłem w Śląsku, to wszystko tam zaczęło iść w dobrym kierunku i teraz widać już efekty. Mimo że nie miałem dobrych relacji z trenerem Lenczykiem, to chwała mu za to co zrobił ze Śląskiem...
- No właśnie, możesz pogratulować teraz trenerowi Lenczykowi?
- Gratuluję trenerowi, bo w jednym roku zrobić wicemistrzostwo, a w drugim mistrzostwo, to coś świetnego. Wiadomo, było między nami kilka nieprzyjemnych momentów, ale ja to zapominam i mówię: chwała trenerowi Lenczykowi za pracę, którą wykonał.