Dwa futbolnetowe odcinki retro na temat selekcjonerskiej kadencji Andrzeja Strejlaua (można poczytać tu i tu) wywołały ogromne zainteresowanie czytelników. Niniejszym wywiadem temat kontynuujmy, nie zapominając o wątkach bieżących…
Legia, reprezentacja, kolegium sędziów. Kalejdoskop lat…
- Jest taka chińska klątwa: obyś żył w ciekawych czasach…Chińskiego wątku w pana trenerskiej pracy nie będziemy jednak poruszać…
- Ale dlaczego nie? Możemy przecież.
- To może innym razem. Temat nieco świeższy. Odwołany mecz o Superpuchar Polski. Pański komentarz?
- Ludziom poważnym, na stanowiskach, jeśli coś obiecują, to się wierzy, szczególnie takim, którym wręczano nagrody za zbudowanie stadionu. Zmarnowano pierwszy termin 30 czerwca. Premier obiecywał termin 30 listopada, ale to nie jest rola dla premiera pilnowanie tego, najwyraźniej ktoś go wprowadził w błąd… A teraz kolejny termin nie został dotrzymany.
- Co teraz?
- Przepisy mówią, że przed rozpoczęciem ME powinno się rozegrać dwa mecze tytułem próby jak to wszystko funkcjonuje. Chociaż w Austrii cztery lata temu zdaje się zrobiono wyjątek…
- Czy gdyby organizatorem był PZPN, a nie Ekstraklasa SA, mecz udałoby się zorganizować?
- Nie umiem odpowiedzieć, bo nie jestem działaczem, a trenerem. Musi pan o to pytać prezesa Latę i sekretarza generalnego związku.
- Słyszał pan wypowiedź pani minister sportu, zastanawiającej się, kto wybrał te dwa zwaśnione kluby do rozgrywania tego meczu?
- Premier mianował panią minister, więc wierzę, że pani minister ma wszystko, co trzeba do pełnienia tej funkcji. Ta wypowiedź świadczy o tym, że pani minister ma słabych doradców. Jest, bądź co bądź, piękną kobietą, świeżo na tym stanowisku. Jest tam w ministerstwie wielu świetnych ludzi. Zresztą nie chcę wskazywać, kto ma być kim. To jest rola premiera. Jak będę wicepremierem, to będę o to zabiegał, ale na dziś nie ma na to widoków.
Chcę powiedzieć, że absurdem jest termin rozgrywania tego meczu. Spotkanie powinno się odbyć w zeszłym roku. Nikt się nie pytał o zdanie Wydziału Szkolenia, zostaliśmy postawieni przed faktem dokonanym przez PZPN i Ekstraklasę. Bali się nas zapytać? Niech pan sobie wyobrazi, że teoretycznie mogłoby dojść do takiej sytuacji, że prezes Walter i prezes Cupiał sprzedali w międzyczasie wszystkich piłkarzy, którzy wywalczyli prawo do gry w tym meczu. Wtedy w Superpucharze przecież walczyliby piłkarze, którzy niczego nie zdobyli.
W Anglii mają piękną Tarczę Dobroczynności, a my z najprostszymi rzeczami nie potrafimy sobie poradzić, jak właśnie termin tego meczu! Jak możemy mówić o sensie rozwoju piłki nożnej, pomimo wielkich starań, które są czynione…?
- No tak, ale w Anglii mamy wieloletnią tradycję. Ryzykowne są takie porównania…
- …to twórzmy taką tradycję u nas!
- Cofnijmy się w czasie. Rok 1989. Legia - Ruch 3:0. Pan zdaje się do dziś twierdzi, że tamten Superpuchar to pańskie dzieło…
- Sytuacja jest bardziej złożona. Ja zostałem wybrany trenerem reprezentacji, tuż po tym jak zdobyliśmy Puchar Polski z Legią, z trenerami Rudolfem Kaperą i Lucjanem Brychczym jako moimi asystentami. Optowałem za tym, żeby sztab szkoleniowy pozostał taki sam i takie było moje stanowisko w rozmowach z prezesem śp. generałem Wojciechem Barańskim. Udało mi się przekonać generała, o co nie było łatwo. Rudek z Brychczym zasiedli na ławce. Przeforsowałem takie rozwiązanie i uważam, że zrobiłem bardzo dobrze. Nazajutrz po meczu Ruch Chorzów jechał do Stanów, jako mistrz Polski. Ja razem z Ryszardem Pakulskim, prezesem Gloria Victis, byłem na trybunach, ale mecz prowadzili trenerzy Kapera i Brychczy. Natomiast, żeby zagrać w meczu o Superpuchar trzeba zdobyć Puchar, prawda? Puchar zdobyliśmy we trzech - Brychczy, Kapera i ja.
- Z perspektywy czasu idea szczytna Gloria Victis, ale ten Superpuchar trochę po macoszemu był traktowany i nadal jest, jak widzimy właśnie…
- No, ale to przecież nie wina uczestników, a organizatorów tych rozgrywek! Za Puchar Polski odpowiada PZPN!
Znaczenie takiego meczu o Superpuchar musi być podkreślane, pielęgnowane również przez media. Skąd tyle awantur między młodymi ludźmi? Skąd tyle nienawiści? Ja już o to apelowałem, między innymi w Gdańsku, gdzie był taki mecz między Polską i Ukrainą, między ludźmi, którzy budowali stadiony…
- Nie demonizowałbym mediów, które właściwie są odbiciem społeczeństwa…
- Powinno być przeciwnie! Cieszy rywalizacja na najwyższym poziomie, między Lechią i Arką, miedzy Legią i Polonią, między Widzewem i ŁKS, między Wisłą a Cracovią. Dlaczego przypomina się ciągle tylko rzeczy złe, że ktoś się z kimś pobił? Tym się ludzi dziś ekscytują. Przyznam, że nie rozumiem tego…
- Cofnijmy się do Superpcharu. Puchar Polski był ukoronowaniem pana ówczesnej pracy w Legii, ale jak się popatrzy na tamte nazwiska z Legii, jakiś niedosyt na pewno pozostał… Była to drużyna na tytuł mistrza Polski spokojnie, bo przypomnijmy: Dziekanowski, Kazimierski, Kaczmarek itd.
- Na pewno była to silna drużyna zaliczająca się do ścisłej czołówki, jednak Puchar Polski to zupełnie inne rozgrywki niż liga. Inna specyfika, punkty w rozgrywkach ligowych tracą wszyscy, zaś w pucharze zwycięzca jest tylko jeden. To są dwa różne rodzaje rozrywek
- Oczywiście. Polak mądry po szkodzie. A jakby się pokusił pan o ocenę przyczyny, dlaczego mistrzostwa się nie udało zdobyć? Legia była wtedy klubem wojskowym, taką armią zaciężną. Czy tu można upatrywać przyczyny, w małym przywiązaniu piłkarzy do barw klubowych?
- Z tą armią zaciężną to na dwoje babka wróżyła. Np. taki Włodzimierz Smolarek w Legii zaistniał, wcześniej w Widzewie w ogóle nie grał, a tu pod opieką Deyny, Brychczego, Ćmikiewicza, Pieszki, Białasa odżył. Legia ma również swoje zasługi - po odbyciu służby wojskowej zawodnicy odchodzili, nikt w Legii nikogo na siłę nie trzymał.
- No tak, ale Smolarek jednak kojarzy się z Widzewem zdecydowanie. Moim zdaniem, Legia bardziej korzystała na byciu klubem wojskowym, niż szkoliła piłkarzy, którzy potem kwitli gdzie indziej…
-Ale w Legii Smolarek stał się piłkarzem! Niech mi pan wskaże w Widzewie jeden mecz, jaki rozegrał przed przyjściem do Legii.
To jest sprawa mediów, to jest sprawa optyki. Z tego, co ja pamiętam, pamięć się okazuje mam dość dobrą, Smolarek karierę zawdzięcza talentowi oraz ogromnej pracy, jaką wykonywał w codziennym procesie treningowym.
CWKS Legia, wbrew obiegowym opiniom, odegrała również bardzo ważną rolę w rozwoju utalentowanych zawodników w wielu dyscyplinach sportu. Na przykład w kolarstwie po zakończeniu służby wojskowej sportowcy wracali do swoich klubów, przeważnie LZS, stając się potężnymi rywalami Legii.
- Zaraz mi pan powie, że Legia była pokrzywdzona tą sytuacją…
- Nie! Wprost przeciwnie, Legia korzystała z pracy innych klubów, ale jednocześnie stwarzała warunki dalszego rozwoju zdolnym zawodnikom. Jeśli ktoś przychodził, to jedynie dlatego, że większość zawodników wiedziała, że między 28. a 30. rokiem życia można było wyjechać na Zachód, ale tylko pod warunkiem, że się ma uregulowany stosunek do służby wojskowej…
Ja się nigdy nie ośmieliłem np. sięgnąć po zawodnika Wisły Kraków. Jedyny, który do nas przyszedł, to Marek Kusto - ze względu na sprawy rodzinne. Sięgałem do „Białej Gwiazdy” szerokimi garściami, gdy byłem trenerem reprezentacji juniorów i młodzieżowej U-23, z której potem 10 zawodników pojechało na MŚ…
Tu dochodzi strona etyczna. Legia niby była tym potentatem, ale jednak stabilność składu, moim zdaniem, jest bardzo ważna w tworzeniu drużyny, która ma osiągnąć znaczący wynik w pucharach europejskich. Jest to proces bardzo trudny i dlatego tyle lat czekamy na awans naszego klubu do Ligi Mistrzów.
- Widać to po dzisiejszej Legii. W poprzednim sezonie olbrzymie kłopoty przeżywał trener Maciej Skorża, a teraz jego drużyna gra najlepiej w Polsce w mojej ocenie.
- To jest sprawa oceny kierownictwa klubu. Pana przykład właściwie podsumowuje, kim w tym całym układzie jest trener, nie tylko w Polsce. Trener ma dać swoją wiedzę piłkarzom, zawodnik musi trenerowi oddać swój talent i systematyczną pracę. To jest sprzężenie zwrotne, wtedy jest szansa na dobry wynik. Zawodnik bez trenera sobie poradzi, a trener bez zawodników – nie. Dlatego tak często zwalniani są trenerzy, a rzadko, kiedy wyrzucani są piłkarze… No chyba, że…ale nie chcę wracać do spraw bolesnych….
- Jeszcze zostając przy Legii – jakie są obecnie pańskie kontakty z klubem? Brał pan udział w kampanii związanej z przechodzeniem na nowy stadion…
- Poproszono trzy osoby. Olafa Lubaszenkę, Wojtka Gąsowskiego i mnie. Przecież dwa razy prowadziłem Legię i raz byłem zastępcą szefa klubu, po powrocie z Grecji, jako jedyny cywil w historii. Dlaczego miałem nie pomóc? Nie ja reklamę układałem, tylko zawodowcy, fachowcy - chciałem podkreślić. Reklamę nie całkiem udaną moim zdaniem, ale każdy ma prawo do swojego zdania. Żeby była jasność - pomogłem za darmo.
- Z tamtych starych czasów Legia kojarzy się z pamiętnym dwumeczem z Bayernem Monachium - 1:3 na wyjeździe i 3:7 u siebie…
- W Monachium już na rozgrzewce środkowy obrońca Bayernu, zresztą mistrz świata, Klaus Augenthaler, pokazywał kolegom Dziekanowskiego jako najlepszego zawodnika Legii. Myśmy tam w 25. minucie przegrywali 0:2, strzelamy gola na 1:2. Parę minut później Dziekanowski ograł wszystkich, leżał bramkarz Aumann, Darek posłał piłkę koło niego i Krzysio Iwanicki chciał dobić, ale popełnił błąd techniczny i wybił piłkę z niemieckiej linii bramkowej! Trafił w poprzeczkę, niesamowita sytuacja, poszła kontra, Reuter po skrzydle dośrodkował i 3:1. Dziekanowskiego musiałem zdjąć, bo nie był w stanie kontuzjowany kontynuować gry. Nie chcę przez to powiedzieć, że drużyna rywali nie była od nas zdecydowanie lepsza. Zresztą, to było jasne już przed meczem.
- Potem rewanż…
- Można było zrobić to, co zrobił „wielki” Mourinho, który postawił autobus przed polem karnym. Ja mogłem zrobić to samo i przygotować taktykę opartą na grze obronnej całego zespołu przed polem karnym. Ale wyobraża pan sobie postawić autobus na Legii w meczu z niemieckim zespołem? Przecież trzeba drużynie stworzyć cień szansy. I ja to zrobiłem w porozumieniu z piłkarzami. Było 1:2, potem niestety 43. i 44. minuta - i dwie bramki do przerwy. I to był koniec naszej gry w pucharach W przerwie powiedziałem piłkarzom, że uczymy się grać od zawodowców. Skończyło się 3:7.
- Padło nazwisko Dariusza Dziekanowskiego. Mógł więcej osiągnąć?
- Zdecydowanie! To był fenomenalny zawodnik, jeśli chodzi o zaawansowanie techniczne…
- Czego zabrakło, żeby wspiął się na sam szczyt? Charakteru?
- Wszystkiego po trochu. W pewnym momencie już bardzo chciał wyjechać do klubu zagranicznego. Był na testach we Włoszech. Był w Eintrachcie Frankfurt, gdzie wielką sympatią nie darzył go węgierski trener Csernai. Przyjechali go obserwować i my akurat w lidze przegraliśmy 1:2 u siebie z GKS-em Katowice… Sądzę, że przy tych umiejętnościach, które posiadał, gdyby wyjechał w tym wieku jak teraz Robert Lewandowski, to by się to wszystko inaczej potoczyło. Ówczesne uwarunkowania polityczne nie stwarzały zawodnikom możliwości gry w klubie zagranicznym. Jednak decydujący okazuje się zawsze element mentalny. Jesteś już najlepszy, to potrzeba naprawdę wyjątkowego charakteru, żeby jeszcze chcieć się doskonalić każdego kolejnego dnia treningowego.
- Czyli Legia to jednak pewien niedosyt…
- Tu się nie zgodzę. Gdy pan Skorża podpisywał kontrakt i poproszono mnie do studia TVN Warszawa, nieistniejącej już stacji, to tam zapytany odpowiedziałem, że jeśli uda się osiągnąć sukces w tym roku, to chyba tylko przypadkiem. W pracy trenera najważniejsza jest kontynuacja, jeden sezon to tyle, co nic. Drużyny nie tworzy się z dnia na dzień!
Mówiliśmy wcześniej o kryzysie obecnej Legii - przyszedł mecz ozdrowieńczy, najpierw z Turkami i potem ze Spartakiem i drużyna momentalnie poszła do przodu, a przecież ten sam trener, ta sama metodologia pracy. Apeluję o bardziej chłodną, bardziej analityczną ocenę, żeby na trenera nie nakładać przesadnych wymagań od razu, bo tworzy się niepotrzebną presję, z której nic dobrego nie wynika… Tak jak w Wiśle Kraków, Legii czy Lechu…
- To jest kwestia czucia sportu przez ludzi dających pieniądze. Mówimy o Legii, a parę kilometrów dalej, jest pan Wojciechowski i jego Polonia. Nie ukrywajmy, że pan prezes na sporcie się nie zna…
- Człowiek wydaje własne pieniądze, teraz nauczył się cierpliwości, nie robi ruchów tak gwałtownych, musi mieć rozsądnych, mądrych doradców i musi umieć ich słuchać. Ja tam byłem na wielu meczach, rozmawiałem z panem Wojciechowskim i nie odczułem jakiejś niespokojnej atmosfery. Jest parcie na wynik, ale pan Wojciechowski chyba zdał sobie sprawę, że pieniądze nie grają. Pieniądze to nie wszystko! Robią postępy Emiraty, ale mistrzem świata prędko nie będą. Polonia powinna przechodzić w tym roku okres stabilizacji, a w przyszłym sezonie walczyć o tytuł mistrza Polski.
- Pokusiłby się pan o wskazanie faworyta do tytułu w tym sezonie?
- Nie. Nigdy się w takie rzeczy nie bawiłem. Zresztą, byłem zaproszony niedawno przez telewizję Polsat i tam również nie dałem się wciągnąć w dywagacje i odmówiłem podania jedenastki na Euro, nie dlatego, że pan Smuda jest moim byłym zawodnikiem, ale uważam że jest to nieetyczne, nieeleganckie. Ja też byłem trenerem reprezentacji i nie awansowałem do ME, ale wiem, w jakiej sytuacji jest selekcjoner. Każdy ma swoją wizję, koncepcję, staram się więc zwracać uwagę na sprawy fundamentalne, bez wchodzenia w szczegóły… Rozliczać będziemy po zakończeniu projektu pod nazwą Euro, jak zresztą dzieje się zawsze na świecie.
- Dobrze, że przeszliśmy płynnie do tematu kadry, bo znalazłem w pana autobiografii napisanej wspólnie z Andrzejem Personem taki fragment: „Są wśród was, najlepszych polskich piłkarzy i tacy, którzy handlowali meczami. Niech się raz jeszcze zastanowią nad tym, co robili. Na razie wszyscy mają u mnie równe szanse".
- Tam na okładce, jak pan tę książkę zamknie, ja dawałem do zrozumienia, żeby się prokuratury zajęły tymi sprawami. Co bardziej inteligentni dziennikarze też temat podchwycili, sugerując, że korupcja jest nie tylko w wymiarze finansowym, ale też w wymiarze barterowym - coś za coś. Jak pan widzi wcale się nie pomyliłem.
To nie jest przypadek, że w czerwcu 2005 r. przyjechał do mnie do domu prezes Listkiewicz i prosił, żebym objął kierownictwo w wydziale sędziów na rok, żeby spróbować zahamować istniejące przejawy korupcji. Nikt inny tylko ja wbrew statutowi PZPN, ale za zgodą zarządu zlikwidowałem w jakimś sensie kolegium sędziów na półtora roku. Był tylko pan Saks i ja - i wspólnie prowadziliśmy obsadę sędziów i obserwatorów w 1. i 2. lidze. Za mojej kadencji również parę ładnych meczów sprzedano, mimo moich apeli, mimo że zabroniłem obserwatorom wchodzić do szatni przed i w przerwie meczu. Jak się okazało, system korupcyjny nadal działał, czego dowodem są, mam nadzieję już ostatnie, procesy korupcyjne w środowisku piłkarskim. Wierzę, że pan Przesmycki, obecny przewodniczący kolegium sędziów, świetny sędzia w przeszłości i człowiek doświadczony w biznesie, powinien sobie bardzo dobrze poradzić.
- Sławetny mecz ze Szwecją (0:2) i pamiętne słowa Janusza Nawrockiego, że się nie da w ośmiu wygrać…
- To są jego odczucia i nigdy się nie dowiemy, o co mu chodziło. On uważał, że nie wszyscy grają w pełni zaangażowani, a szkoda…
- Potem Anglia…
- Bardzo pechowe remisy na własnym boisku. Chcę powiedzieć, że u siebie z Anglią nigdy nie przegrałem - najpierw 0:0 i potem dwa razy po 1:1. Jednak trzeba przyznać, że Anglia u siebie i na wyjeździe to zupełnie inna drużyna. Na wyjeździe dwa razy przegrałem. Raz 0:2, gdzie drugą bramkę straciliśmy w 87. minucie, bo trzeba było otworzyć grę. W drugim meczu nas rozjechali 0:3, byliśmy tylko tłem dla świetnie dysponowanej Anglii.
- Andrzej Lesiak na środku obrony…
- To nie była pozycja dla niego, ale mieliśmy wtedy dużo kontuzji. Ale wie pan, kibica czy dziennikarza to nie obchodzi i słusznie! Na ten dzień wybiega jedenastu i to jest najlepszy skład.
- Przy kadrze się potem pojawiło grono młodych gniewnych z reprezentacji olimpijskiej…
- Nigdy nie miałem z nimi żadnych problemów! Te słowa, które padły, to jest problem mojego młodszego kolegi, trenera Wójcika. Życie jak widać jego zachowanie zweryfikowało i dalej weryfikuje. Zaraz będzie kolejna sprawa sądowa.
- Wcześniej jeździliście razem na mecze, przy kadrze olimpijskiej była fundacja pana Niemczyckiego, która zapewniała młodzieży lepsze warunki niż miała pierwsza reprezentacja…
- To świadczy, że ówczesny PZPN nie dorósł do swojej roli...
- Wróćmy jeszcze do Anglii, która wszystkich nas prześladowała w tamtych latach…
- Przed meczem w Chorzowie w 1993 r. tragicznie w tramwaju zmarł młody kibic, Andrzej Kujawa ze Szczecina. Było zagrożenie, że ten mecz się nie odbędzie. Wszystkie pieniądze, które dostaliśmy, oddaliśmy rodzinie tego kibica.
Na ostatnim treningu kazałem jeszcze strzelać rzuty wolne zawodnikom i kontuzji nabawił się Jacek Ziober, kluczowy piłkarz tamtej reprezentacji. To jest moja wina, powinienem zabronić wyjątkowo właśnie jemu. Straciliśmy bramkę w 83. minucie, po strzale Iana Wrighta… Grupa była tragiczna! Oprócz nas do USA nie pojechali Turcy i Anglicy właśnie. Tamtej grupy w żaden sposób nie da się porównać z tym, co wylosował Beenhakker…
- Nie było wówczas terminów FIFA…
- To było przerażające, myśmy jako PZPN z tym walczyli… Jak pojechaliśmy na mecz do Rotterdamu z Holandią, dostaliśmy informację, że Włosi z Udinese nie wyrażają zgody na grę Koźmińskiego i Czachowskiego, bo nie są ubezpieczeni! Pan Marek Pietruszka, sekretarz generalny związku, samodzielnie ich ubezpieczał w guldenach w Holandii. Te sprawy poruszaliśmy na niwie międzynarodowej, silne kluby też to robiły i w efekcie kolejni selekcjonerzy, dzięki decyzjom UEFA i FIFA mieli wspólne terminy.
- A sam mecz w Rotterdamie?
- Prowadziliśmy 2:0 i był ewidentny rzut karny dla nas, ale włoscy sędziowie woleli pomóc Holendrom. Skończyło się 2:2 z Holandią na wyjeździe - z Van Bastenem, Koemanem, Gullitem, Rijkaardem itd. Ale bramkarza nie mieli dobrego na szczęście, bo Stanley Menzo nie był fachowcem. Tę bramkę, którą strzelił dla nas Kowalczyk po podaniu Szewczyka i dośrodkowaniu Koseckiego, to powinni trampkarzom i juniorom na dyskietkach pokazywać.
- Do pana Beenhakkera słyszę w pana głosie lekką niechęć…
- Absolutnie nie! Nie niechęć, tylko żal. Nie można cały czas jechać na patencie Realu Madryt i lat 80., a po człowieku nie została nawet jedna kartka A4. Ja zażądałem, jako członek zarządu, choćby badań fizjologicznych, a nawet tego nie zrobił, co uważam za kompromitację.
Ja mu życzę jak najlepiej, ale wie pan co, jest dla niego najstraszniejsze? Że go usunęli z jego własnego klubu, z Feyenoordu. Trzeba było jechać na Węgry… W tym zawodzie nie ma mocnych…
- No właśnie, zawód trenera. Czy panów Świerczewskiego i Hajtę można nazwać trenerami?
- Hajto zdał właśnie egzamin, ale to już musi pan do pana Łazarka dzwonić. To są jego kompetencje, jest przewodniczącym komisji kwalifikacyjnej. Ja w tej komisji już nie jestem. Zrezygnowałem z funkcji prezesa stowarzyszenia trenerów, którą przejął ode mnie wiceprezes Kasperczak. Cała Polska będzie z uwagą obserwowała, jak to się będzie układało, a PZPN musi działać zgodnie z przepisami, innego wyjścia nie ma.
- Mam kolegów, którzy starają się uczyć małe dzieci gry w piłkę i ich zdaniem najlepszą książką szkoleniową jest książką pana Talagi.
- Uczył również mnie, jest bardzo płodny, kolejne zeszyty ćwiczeń piłkarskich pisze, zasiada razem ze mną w Wydziale Szkolenia…
- Czy myśli pan, że panowie Świerczewski i Hajto z pozycją pana Talagi się zapoznali?
- No chyba pan nie oczekuje, że ja będę wiedział, kto jakie książki czyta?
Rozmawiał Maciej Słomiński