Gdy dwa miesiące temu Paolo Di Canio przedstawiony został jako nowy menedżer Swindon Town, nie wszyscy uznali to za świetną wiadomość. Związek zawodowy GMB, wspierający klub zawrotną sumą 4 tysięcy funtów rocznie, wypowiedział umowę. „Nie będziemy wspierać klubu prowadzonego przez faszystę”, zagrzmiano.
To, co na Wyspach zostało uznane za ciekawostkę i burzę w szklance wody doskonale wpisuje się w polityczny pejzaż powojennych Włoch.

Heil Mussolini
Paolo Di Canio nigdy nie ukrywał swych faszystowskich sympatii. Z jego autobiografii wyłania się obraz dość nieśmiałego, młodego chłopaka, któremu imponowali silni ludzie i silne ideologie. Lata 70. to we Włoszech szczytowy okres terroru politycznego. Strzelaniny na ulicach, rozboje, rajdy lewicowych i prawicowych bojówek. Apogeum był rok 1978 - porwanie i zabójstwo chadeckiego premiera Aldo Moro przez lewackie Czerwone Brygady. Tego było już za wiele dla wszystkich.
Di Canio napatrzył się na to za młodu. Dorastał w mocno rozpolitykowanej, robotniczej rzymskiej dzielnicy Quarticciolo. Dzielnicy, choć robotniczej, to podzielonej politycznie. Podobnie jak cały kraj. Polaryzacja Włoch ma swoje głębokie korzenie już w początkach XX wieku. Faszystowskie Włochy Mussoliniego były, z definicji, antykomunistyczne. Od 1943 roku Włochy podzielił front i walka między aliantami, a Niemcami i dość marionetkowymi pozostałościami rządu Mussoliniego. To wtedy miały miejsce najkrwawsze starcia między lewicowymi partyzantami, a żołnierzami wiernymi upadającemu reżimowi.
Ta w miarę pozytywna rola lewicowych bojówek dała różnej maści komunistom i lewakom legitymizację działań politycznych, która ważna jest w Italii do dziś. Włochy były po wojnie tym państwem Europy Zachodniej, na terenie którego działała najsilniejsza i najsilniej spenetrowana przez Moskwę Partia Komunistyczna. To budziło niepokój i niechęć ludzi o prawicowych i centroprawicowych poglądach.

Duce jak Gierek
Warto zrozumieć też specyfikę postrzegania faszyzmu przez współczesnych Włochów. Reżim Mussoliniego to coś odległego w czasie. Upływ dekad zamazał pamięć o mordach politycznych, nietolerancji dla odmiennych poglądów, uniformizacji społeczeństwa. To trochę jak z polskim PRL – każdy miał pracę, na ulicach był porządek, a kraj rósł w siłę. Faszyzm nowym pokoleniom Włochów nie kojarzy się tak jednoznacznie negatywnie jak nam się zdaje.
Dużą siłą polityczną, zdobywającą głosy już nie tylko w Lombardii, Piemoncie czy Trento, jest aktualnie Liga Północna. Partia ta bez żenady odwołuje się, choć nie wprost, do faszystowskich tradycji. Członkowie noszą jednolite, obciachowe zielone koszule, nie ukrywają swej niechęci do imigrantów i ochoczo śpiewają melodię „Vai, pensiero” z opery Verdiego zamiast „Inno di Mameli”, będącego oficjalnych hymnem państwowym. Liga Północna jest powszechnie akceptowana jako pełnoprawny składnik włoskiej demokracji, choć pośrednio ją podważa. Kolejna włoska specyfika.
W takim państwie, tak ukierunkowanym politycznie, dorastał i żyje Paolo Di Canio i wielu ludzi sympatyzujących z poglądami, które można przyporządkować jako faszystowskie. Słynne, „rzymskie pozdrowienie”, wcale nie musi oznaczać chęci wzniecenia wojny. Tatuaż z Duce na ramieniu często jest oznaką politycznej ignorancji, podobnie jak koszulki z Che Guevarą czy chwalenie Edwarda Gierka. „Saluto Romano” Paolo Di Canio w kierunku ultrasów Lazio, niczym nie różni się od biegania z zaciśnięta lewą pięścią w wykonaniu Cristiano Lucarellego, czy też śpiewania „Międzynarodówki” i wywieszania portretów Lenina przez fanów Livorno.
Gianluigi Buffonowi zdarzyło się ustawić przed kamerą w podkoszulku z faszystowskich hasłem „Boia chi molla” (kto się poddaje ten jest zdrajcą, ten jest przeklęty). Fabio Cannavaro, po zdobyciu z Realem tytułu mistrza Hiszpanii, biegał po murawie Santiago Bernabeu z włoską flagą z wplecionym w nią faszystowskim symbolem fasces. Czynów tych nie trzeba, a nawet nie powinno się pochwalać. Ale warto starać się je zrozumieć, zrozumieć ich podłoże i polityczną specyfikę Italii.
Lew na ławce
I choć staram się przyjąć do wiadomości oburzenie lewicowego przecież związku zawodowego, a także niektórych fanów Swindon, rzekomo (wg lewicowego „The Guardian”) protestujących przeciwko nowemu menedżerowi ich klubu, to jednak dostrzegam też wiele plusów nowego zadania przydzielonego Di Canio.

Za Włochem stoi przecież jego znakomita przeszłość piłkarska na Wyspach. Pozostawił po sobie świetne wspomnienia w każdym klubie, którego barwy reprezentował. Szczególnie ciepło o Di Canio wyrażają się fani Celtiku i West Ham United. Powiedzmy sobie szczerze, Paolo piłkarzem był ponadprzeciętnym. Kreatywny, znakomicie wyszkolony technicznie cofnięty napastnik. Gracz lubiący wyłamywać się z boiskowych schematów. Ale i całkiem rozsądny pod względem taktycznym. No i chorobliwie wręcz ambitny. „Lew nie może siedzieć w klatce, miejsce lwa jest na boisku”, powiedział Di Canio w maju, podczas pierwszej konferencji prasowej w nowej roli.
Tak, Di Canio to urodzony zwycięzca, lider. Jeśli Swindon Town, które właśnie zleciało do League Two (co na to sponsor?) ma odbić się od dna, to potrzebuje chyba kogoś takiego. Paolo to rozsądny, oczytany facet. Ukończył prestiżową szkołę trenerską w Coverciano, ma więc przygotowanie merytoryczne do uprawiania zawodu. Włoscy trenerzy cieszą się na Wyspach świetną renomą. Sam Di Canio też ma lepszą reputację, niż się wielu wydaje. Otrzymał przecież kiedyś nagrodę Fair Play, po tym, gdy złapał piłkę w ręce zamiast kopnąć ją do bramki, opuszczonej przez zwijającego się z bólu bramkarza Evertonu.
Może być też magnesem dla sponsorów znacznie poważniejszych niż związkowcy z GMB.
Syn marnotrawny
Paolo Di Canio, choć we Włoszech doceniany, nigdy tak naprawdę nie dostał szansy wskoczenia na najwyższą półkę. Reprezentował barwy Milanu czy Juventusu, ale nigdy nie stał się postacią pierwszoplanową. W dużej mierze ze względu na konflikty z Giovanni Trapattonim (Juve) i Fabio Capello (Milan). Grał nieźle, cenili go fani, ale zawsze, koniec końców, pokazywano mu drzwi.
Jest uważany za najlepszego piłkarza spośród tych, którzy nie dostąpili zaszczytu gry w Squadra Azzurra. Można oczywiście zrzucić to na karb dość kontrowersyjnych przekonań politycznych, ale przyznać tez trzeba, że konkurencję miał nieziemską. Roberto Baggio, Alessandro Del Piero czy Francesco Totti – to ci piłkarze zawsze byli od niego wyżej w reprezentacyjnej hierarchii. Aktualnie żaden z włoskich cofniętych napastników nie reprezentuje poziomu Di Canio. Można więc po części uznać, że legenda Lazio urodziła się po prostu zbyt wcześnie, jak na reprezentacyjne wymagania i potrzeby.
Di Canio dostał za to szansę bycia komentatorem sportowym. Prezentuje swoje opinie w audycjach nadawanych na platformie Mediaset (np.” Controcampo”). Mediaset to własność Silvio Berlusconiego, który zawsze z sympatią wypowiadał się o Di Canio, biorąc go w obronę po kolejnych pseudofaszystowskich wybrykach.
To właśnie poglądy wygłaszane na antenie Mediasetu mocno poróżniły Di Canio z większością fanów Lazio, także tych radykalnych. Prezydent biancocelesti, Claudio Lotito, nie przedłużył w 2006 roku umowy z piłkarzem, co ten potraktował jako śmiertelną obelgę. Do teraz nie potrafi ukryć wyraźnej niechęci do Lotito, co odbija się często w jego krytycznych komentarzach także względem piłkarzy Lazio.
W ten sposób Di Canio, już wcześniej irytujący nie-prawicowych fanów Lazio, stał się irytujący dla jeszcze szerszej grupy kibiców. Człowiek, który stracił de facto wsparcie w fanach klubu, którego sam jest (był?) kibicem, któremu nikt nie chciał dać szansy poprowadzenia klubu we Włoszech, znalazł się de facto na futbolowej, ale i czysto ludzkiej emigracji na Wyspach. Ciekawe, czy wróci z niej jako zwycięzca?
W pierwszym meczu sparingowym Swindon Town pokonało mocarzy z Norcia Select XI 11-0. Wbrew obawom związków zawodowych i śmiertelnie przerażonych fanów klubu, menedżer Di Canio nie świętował zdobycia żadnej z bramek gestem rzymskiego pozdrowienia.