Gdy w 2007 roku Juventus triumfalnie wracał do Serie A po rocznym pobycie w niższej klasie rozgrywkowej, wśród kibiców Starej Damy panował optymizm. Za plecami pozostały duchy przeszłości, które zaprowadziły Juve do czyśćca. Patrzono w przyszłość.
Każdy kolejny rok miał być lepszy i zbliżać klub do europejskiego szczytu. Jest zupełnie na odwrót. W pierwszych dwóch sezonach po powrocie Juventus uplasował się na podium. Od tego momentu jest coraz gorzej. Tego lata ktoś w Turynie musi odpowiedzieć sobie na jedno bardzo ważne pytanie: co zrobić, by doszło do przełomu? I zacząć to robić.
Nowa drużyna?
Truizmem jest stwierdzenie, że aktualna kadra Juventusu to potwarz dla wielkich tradycji klubu. To widać gołym okiem. Fatalne są zarówno personalia, jak i sposób ich zestawienia w jednej szatni. W ostatnich latach piłkarzy ściągano do Turynu masowo, nieomal na taczkach. Na taczkach wielu z nich chętnie odesłaliby z powrotem kibice Juve. Mocno przeinwestowano takich graczy, jak Diego, Felipe Melo, Jorge Martinez, czy Simone Pepe. Na liście płac nadal znajdują się piłkarze albo ewidentnie na drużynę zbyt słabi, albo regularnie leczący urazy, np. Marco Motta, Fabio Grosso, Hasan Salihamidzić, Vincenzo Iaquinta, Armand Traore, Leandro Rinaudo, Zdenek Grygera. W Juventusie nie ma po prostu jakości.
Nadal nie rozumiem, jaki był pomysł Luigi Del Neriego i Giuseppe Marotty na tą drużynę? Grę mieli prowadzić podatny na urazy Alberto Aquilani i drewniany Melo? Motta i Traore (lub Paolo De Ceglie) mieli rozrywać obronę rywali na flankach? Marotta to ponoć fachowiec pełną gębą, tym bardziej ciężko zrozumieć, co przekonało go do tak nieudanych transferów. Wydanie kilkunastu milionów euro na Pepe czy Martineza od razu pachniało fuszerką. Zastanówmy się: ilu piłkarzy z aktualnej kadry Juventusu chciałyby mieć u siebie Inter czy Milan? Pewnie Chielliniego, może Buffona, może Krasica, może Quagliarellę, jeśli wydobrzeje. Ktoś jeszcze?
Czas na zmiany. Koniec z wizytami w Biedronce i kupowaniem na wagę. 2-3 mocne nazwiska, piłkarze nieprzeciętni. Mogący dać jakość, porwać za sobą drużynę i kibiców. Tego trzeba. Przyjemnie jest rzucać personaliami. Nie wiem czy Pastore, Neymar albo Lavezzi są w zasięgu finansowym Starej Damy. Ale ten, kto kupuje Martineza i czyni z niego atrakcję i hit okienka transferowego chyba nie rozumie, czym jest Juventus. Niech lepiej sięgnie do annałów calcio. I dwa razy zastanowi się, zanim wyda pieniądze na takiego przeciętniaka. I koniecznie niech podmieni tych ogórków na bokach obrony, przecież na to kalectwo nie da się patrzeć!

Nowy trener?
Nowy ambitny projekt musi mieć nową, ambitną miotłę. Najlepiej taką, która zamiatała już kiedyś z powodzeniem w dużym futbolu. Dni Del Neriego w Turynie są policzone, tylko kataklizm mógłby sprawić, że pozostanie na swoim stanowisku na kolejny rok. Kto za niego? To musi być duże nazwisko. Trener, który już wygrywał puchary, który zna smak walki w europejskiej czołówce. Który, podobnie jak nowi piłkarze, da środowisku zastrzyk entuzjazmu. Pamiętajmy, do zapełnienia będzie świeżo oddany, piękny stadion. Fani Juventusu nie chcieliby na nowym stadionie, takim, o jakim zawsze marzyli, oglądać szrotu, jak ich przyjaciele ze stolicy Polski.
Pojawiają się różne nazwiska. Rafa Benitez miałby coś do udowodnienia Massimo Morattiemu, ale czy jego gwiazda nie przyblakła ostatnimi czasy? Roberto Mancini, ponoć główny faworyt, mimo półki pełnej trofeów nie do końca przekonuje, poza tym zdarzyło mu się niepochlebnie wypowiedzieć w przeszłości o klubie z Piemontu. A i kontrakt u Szejków posiada aktualnie iście bajoński. Fabio Capello ma, do lata 2012, pracę. Poza tym jego osoba przypomina zbyt mocno o czasach calciopoli. Marcello Lippi broni się przed powrotem, chcąc spróbować sił w zagranicznym klubie. Luciano Spallettiemu ciężko będzie wyrwać się z Rosji, poza tym cieniem na jego pracy w Romie położył się historyczny blamaż w Manchesterze (1:7!). Walter Mazzarri, mimo świetnej pracy w Napoli, to chyba jednak jeszcze nie ta półka.
Może więc zdarzyć się tak, że wybór padnie na kogoś z drugiego szeregu. Gian Piero Gasperini wykonał znakomitą pracę w Genoi. Na jego korzyść gra też fakt, że jest trenerskim „produktem” Juve. Delio Rossi od lat jest doceniany za świetny warsztat i znakomitą pracę z młodszymi zawodnikami. Antonio Conte to symbol Starej Damy. Wraca właśnie do Serie A ze Sieną. Z chęcią jednak zamieniłby Toskanię na Piemont, idę o zakład. Wybór któregoś z tych panów byłby jednak błędem.
Powtórzę – to musi być duże nazwisko. Nikt już nie nabierze się na Ciro Ferrarę, Luigi Del Neriego i im podobnych. Albo rybka, albo kolejny szary sezon. Wielkie kluby prowadzić muszą wielce trenerzy. Szczególnie takie, które nadrabiać muszą stracony dystans.
Nowy klub?
Kolejny rok będzie też wielkim egzaminem dla Giuseppe Marotty. Przybywał on do Turynu z famą solidnego menedżera, kupującego tanio i trafnie, potrafiącego zbudować dobrą drużynę w rozsądny sposób. Marotta zrobił wiele, by renomę tę popsuć w ciągu zaledwie kilku miesięcy. Dostanie jeszcze jedną szansę, prawdopodobnie ostatnią.
Fani Juve zawarliby pakt nawet z diabłem, by odwrócić złą kartę. Tak to w życiu jest, że z czasem pamięta się tylko o dobrych rzeczach, te złe bagatelizując, lub wymazując z pamięci. I tak to właśnie wśród mas podnosi się krzyk: „Luciano, wróć”. O kim mowa? Oczywiście o Luciano Moggim. Moggi zdążył już zrelatywizować, z pomocą części mediów, swój udział w budowie systemu kontroli sędziów i nie tylko, którego symbolem były szwajcarskie karty SIM rozdawane zaprzyjaźnionym arbitrom i działaczom. W lecie tego roku zakończyć się powinna jego dyskwalifikacja i zapaść ma wyrok w procesie karnym.
Jedno trzeba przyznać – Moggi zna się na piłce. To typowe zwierzę calcio, czujące piłkę i do tego świetnie czujące się w meandrach (a raczej: mętnych wodach) włoskiego futbolu. Wie kogo kupić, kogo sprzedać, kogo pogłaskać, a kogo opieprzyć. Profesjonalista z sukcesami na koncie. Kogoś takiego Juventusowi trzeba. By zbudować drużynę i jednocześnie zwycięską strukturę sportową. Moggi to zimny, chłodny profesjonalista. Prezydent Andrea Agnelli to pasjonat, prawdziwy juventino. To miła odmiana w porównaniu do bezpłciowych poprzedników, panów Jean-Claude’a Blanca i Giovanni Cobolli Gigliego. Czy duet Agnelli-Moggi będzie lekiem na całe zło? Zobaczcie, jaki paradoks – Moggi lekiem na zło…

Dlaczego musi być lepiej?
Powiedzieć, jak niektórzy, że kryzys calcio zaczął się wraz z zachwianiem potęgi Juve, to zbyt dużo. Ale powiedzieć, że silny Juventus to silne calcio, to już wcale nie jest taka wielka przesada. Bardziej niż w liczby i fakty uderzyć trzeba tu w struny nieomal metafizyczne. Pamiętajmy, Stara Dama to zdecydowanie najpopularniejszy, mający najwięcej fanów klub we Włoszech. Prawdziwy fenomen.
Gdy Edoardo Agnelli został w 1923 roku prezydentem Juventusu, piłka na Półwyspie Apenińskim była jeszcze w wielu obszarach amatorska. Rządziły silne fizycznie, wybiegane drużyny z Pro Vercelii, Casale czy Novese. Były to ekipy z małych miast, nie mające siły przyciągania tłumów, tego niewytłumaczalnego magnesu, czyniącego z jednych klubów legendy i strącający inne w przeciętność. W latach 20. w Italii rozpoczęła się epoka profesjonalnego sportu. To był dla calcio przewrót kopernikański. Zmieniła się futbolowa mapa Włoch, ale zmieniała się ona razem z mapą kraju. Lata 20. dały Italii szybki rozwój gospodarzy i masowe migracje ze wsi do miast. Skokowo rosło znaczenie miasta, a z nimi klubów sportowych, mających tam swoje siedziby. Edoardo Agnelli znakomicie wstrzelił się w ten moment.
Agnelli, inteligentny menedżer i przedsiębiorca, rozumiał już jaką siłę niesie za sobą futbol. Nie potrafił tylko jeszcze określić jej wektorów. Podszedł do swojej nowej roli jak do biznesu, jak do fabryki Fiata, którą prowadził. Tak jak sprzedawał Włochom swoje auta, tak sprzedał im drużynę piłkarską. Sprowadził najlepszych piłkarzy, także tych mieszkających w Ameryce Południowej, a mających włoskie korzenie. Zbudował profesjonalną strukturę, wielką drużynę. I dał ją rodakom, wszystkim. Niezależnie od ich miejsca zamieszkania, klasy społecznej, poglądów. Tak jak wielki przemysł i jego wynalazki, tak i calcio trafiło do domów Włochów. A wraz z nią Juventus. Stał się klubem uniwersalnym, kochanym w całym kraju, symbolem nowych, lepszych czasów i lepszego życia.
Edoardo Agnelli zbudował wielkie Juve, które wygrało 5 tytułów mistrzowskich z rzędu. Było najlepszą drużyną tamtych czasów. Zbudował też stadion, pierwszy profesjonalny stadion piłkarski we Włoszech. Historia zatoczyła koło. Juventus znów ma nowy stadion, pierwszy w pełni nowoczesny stadion na Półwsypie. Znów prezydentem jest członek klanu Agnellich. Andrea zajął w klubie miejsce należne członkom rodziny. Prezydentami byli jego dziadek, Edoardo i ojciec, Umberto. Mam nadzieję, że zdaje on sobie sprawę, jak wielka ciąży na nim odpowiedzialność. Juventus musi być wielki, w imię wielkiego calcio. Nic nie przekona mnie, że ma być inaczej, że białe nie jest białe, a czarne nie jest czarne. Szczególnie, gdy idzie o koszulkę w biało-czarne pasy.