Gdy pisałem kilka tygodni temu o tym, iż niektórzy wieszczą ingerencję sił „pozaziemskich” w walkę o czwarte miejsce w Serie A, nie sądziłem, że cała sytuacja urośnie do miana wojny domowej w Wiecznym Mieście. Po dziwnych decyzjach sędziowskich w kilku ostatnich kolejkach, trenerzy, działacze, piłkarze i kibice Lazio nie mają już wątpliwości, że ktoś próbuje ograbić ich z prawa gry o Ligę Mistrzów. Czy mają rację?
Suche statystyki wskazują na to, że jest coś na rzeczy. Roma wykonywała w tym sezonie aż 13 rzutów karnych, w tym kilka bardzo dyskusyjnych. Lazio zaledwie trzy....
Granica patologii
W poniedziałkowy wieczór wściekłość środowiska biancocelesti wzbudził arbiter Paolo Mazzoleni, który nie widział (?) ewidentnego faulu Giorgio Chielliniego na Sergio Floccarim w „szesnastce” Juve. Powinien być karny i czerwona kartka. Lazio prawdopodobnie wygrałoby mecz i wymarzone czwarte miejsce miałoby w kieszeni. Stało się inaczej. Nawet sam Chiellini w pomeczowym wywiadzie udzielonym stacji Sky nie potrafił ukryć zdziwienia i przyznał, że „jedenastka” rywalom się najzwyczajniej w świecie należała.
Kwestie techniczne dotyczące pracy arbitrów pozostawiam właściwym organom. Sygnalizowałem już w swoich artykułach, że sytuacja własnościowa w Romie ociera się o sportową patologię. Unicredit jest właścicielem 40% akcji klubu i zależy mu rzecz jasna na wzroście wartości jego akcji, co nastąpiłoby z pewnością po awansie do europejskiej elity. Unicredit jest wierzycielem Romy. Gdyby nie pieniądze pożyczone rodzinie Sensi, klub byłby blisko bankructwa.
Był taki moment w tym sezonie, że piłkarze i trenerzy przez kilka miesięcy nie otrzymywali pensji. Unicreditowi pewnie zależy na odzyskaniu tych pieniędzy, co może nastąpić po awansie do europejskiej elity. Czy wpływy, także polityczne, tej potężnej grupy finansowej mogą sięgać aż tak daleko? To tylko teoria, ale we włoskich realiach trafia ona podatny grunt.

Chwiejna reputacja
Wielu obiektywnych obserwatorów uważa, że najlepiej byłoby gdyby czwarty plac w tabeli zajęło jednak Lazio lub Udinese, które przecież nie raz porwało wszystkich swoją ofensywną grą, choć przyznać trzeba, że przeżywa obecnie kryzys formy. Awans biancocelesti (a nie „biancoseleste”, panie Olbrycht!) lub ich najbliższych rywali do Ligi Mistrzów mógłby pomóc w ratowaniu reputacji calcio. Ta cały czas chwieje się w posadach, a odnieść można wrażenie, że mało kto w Italii specjalnie się tym przejmuje.
Prezydent włoskiej federacji piłkarskiej, Giancarlo Abete, powiedział (a raczej wypalił) kilka dni temu, że sędziowskie pomyłki na korzyść Romy, a na niekorzyść Lazio, są czymś pozytywnym. Według niego, oznacza to, że arbitrzy nie kierują się logiką naprawiania błędów błędami i „oddawania” przysług. Potem rakiem wycofał się ze swoich słów. W normalnym kraju facet dzień później pakowałby walizki (chyba, że piastowałby urząd prezesa Ekstraklasy SA, gdzie też nie obowiązuje pokuta za błędy). We Włoszech jego wypowiedź zbagatelizowano.
Wcale mnie to nie dziwi. Kilka tygodni temu chciałem sprawdzić u jednego z bukmacherów internetowych, działających na polskim rynku, kursy na niedzielne mecze Serie A. Z ośmiu zaplanowanych gier, można było obstawić tylko dwie. Resztę zablokowano. I to nawet takie, jak Catania - Lazio, gdzie każdy wynik musiałby spowodować niezadowolenie u którejś z ekip. Ale fakt ten obrazuje tylko, jak bardzo włoska liga stała się podejrzana. Czy można się dziwić?
Ile razy zdarza się pod koniec sezonu, że albo jedna z drużyn „nie dojeżdża” na mecz i spaceruje po murawie, albo spacerują wręcz obaj „rywale”? Tak by czasem nie zrobić sobie krzywdy? Kilka tygodni temu obejrzałem spotkanie Chievo - Sampdoria. Wszyscy bukmacherzy zablokowali typy na to „starcie” już kilka dni wcześniej. Było o tym głośno we włoskich mediach. Pomyślałem: „no nie, przecież ci kopacze muszą mieć jakieś minimum przyzwoitości, nie będą robić szopki”. Zrobili. Przez 90 minut nawet nie starali się podejść pod bramkę rywala. W Anglii za taki popis kibice pewnie nakopali piłkarzom po dupach. We Włoszech fani obu ekip przybili piątki i dopisali po jednym „oczku” do ligowej tabeli.
Takich meczów jest we Włoszech mnóstwo. Zabawne są tłumaczenia: „brakło nam motywacji”, „baliśmy się zaryzykować”, „ciężko grać w takim upale”, „stres spętał nam nogi”. Stresem i pogodą tłumaczyli piłkarze obu drużyn swoją postawę w derbach Rzymu, rozegranych w maju 2005 roku. Skończyło się oczywiście 0-0, a jedyną okazję, trochę przypadkową, stworzyła Roma w 30. sekundzie meczu. Potem była już bryndza. Po co walczyć, skoro remis przybliżył obie drużyny do utrzymania w Serie A? A że patrzył na tę żenadą cały świat? Kogo to obchodzi.

Z nalotem pleśni
Mam w ogóle wrażenie, że Włosi nie mają poczucia, iż oferują zagranicznym fanom lekko spleśniały produkt podejrzanego pochodzenia. Albo mają poczucie i nie rozumieją, że to wszystko przekłada się potem na oglądalność ligi poza granicami kraju. Wpływa również na marketing, na sprzedaż biletów, koszulek, gadżetów. I na wartość marki! To wszystko ma odbicie w budżecie. To z kolei w ilości pieniędzy przeznaczonych na transfery. I dalej idą za tym: poziom piłkarzy, poziom gry drużyny, sukcesy w europejskich pucharach. Spirala się nakręca. To oczywiście tylko uproszczony obraz, a nawet jego część.
W Italii jednak tak się nie rozumuje. Lepiej kisić się we własnym sosie. Dyskusja o włoskiej mentalności „radzenia sobie” i kombinowania, o tym, jak wpływa ona na jakość pracy wykonywanej przez mieszkańców tego kraju, o tym, jak nieudanym i niedokończonym projektem było zjednoczenie Włoch, o polityce, Kościele, mafii i o tym w końcu, jak to wszystko odbija się na włoskim futbolu, to temat zbyt obszerny, by opisać go w jednym krótkim artykule. Jeśli jednak kiedyś się skuszę, to znów będę musiał zastanawiać się, dlaczego tak bardzo kocham calcio...
Jeśli ktoś myślał, że calciopoli będzie sygnałem do odnowy włoskiego futbolu i jego wizerunku, to bardzo się pomylił.