„20 dni temu śniłem o scudetto, teraz marzę już tylko o zajęciu 3. miejsca”. Sms-a o takiej treści otrzymałem od zaprzyjaźnionego interisty w sobotni wieczór. Na tyle trzeźwo, na ile jest to możliwe podczas wieczoru kawalerskiego, uświadomiłem sobie dwie rzeczy: Inter poległ w Parmie. Inter przegrał sezon.
Dalsze refleksje pozostawiłem na długą i ciężką niedzielę.
Błędy klubu
Trzy tygodnie temu pisałem o teorii cykli (w kontekście sytuacji Sampdorii) i uważam, że koncepcję tę odnieść należy też do Interu. Klub Massimo Morattiego dokonał w erze post-calciopoli rzeczy wielkich. Zwieńczeniem passy sukcesów była zeszłoroczna Triplete z pierwszym od 1965 roku Pucharem Europejskich Mistrzów Krajowych (przepraszam, mam wielki sentyment do starej i nieaktualnej już nazwy). Wielkim twórcą tego sukcesu był Jose Mourinho. Mourinho odszedł. Zostawił po sobie wyeksploatowaną do granic możliwości grupę piłkarzy i duchy krążące po klubowych korytarzach. Nie potrafił sobie poradzić z nimi wybrany na następcę Portugalczyka Rafael Benitez.
Zanim przejdę do Rafy, wrzucę kamień do ogródka włodarzy Interu. Jak wielkimi trzeba być dyletantami, by nie wiedzieć, że ten kto nie idzie do przodu, de facto się cofa? Marsz po potrójną koroną był długi, wyczerpujący i był chyba kresem możliwości tej grupy piłkarzy. Dlaczego? Średnia wieku drużyny, która pokonała w Madrycie Bayern przekraczała 30 lat. Głód sukcesu w europejskich pucharach, połączony z doświadczeniem zawodników był jednym z głównych sekretów tamtego sukcesu. Ten głód został zaspokojony, a wiek stał się ciężarem. W lecie należało wpuścić do szatni świeżą krew. Nie zrobiono tego.
Być może przyczyną były potrzeby oszczędności, może wiara w posiadanie niezwyciężonej drużyny, może presja ze strony starszyzny, zazdrosnej o swoją pozycję, może brak zrozumienia mechanizmów rządzących futbolem. Pozwolono odejść kapryśnemu Balotellemu, który inteligencją, delikatnie mówiąc, nie grzeszy, ale w kilku meczach bardzo pomógł, wchodząc z ławki. Miał przyjść Kuyt, przyszedł Biabany. I to chyba najlepsze podsumowanie letniego mercato.

Błędy Beniteza
Na następcę Mourinho namaszczono Beniteza. Ja byłem bardzo zadowolony z tego wyboru. Choć teza to teraz niepopularna, to uznaję Hiszpana za fachowca wysokiej klasy. Z perspektywy czasu trzeba jednak powiedzieć, że decyzja Morattiego była błędem. I bardziej niż ewentualne braki w warsztacie Hiszpana, zdecydował o tym jego charakter i nigdy nie wygaszony konflikt z The Special One, datujący się rzecz jasna jeszcze na okres, gdy obaj panowie toczyli boje na Wyspach.
Każdy trener ma swój pomysł na prowadzenie drużyny, ale ciężko oprzeć się wrażeniu, że Benitez na złość babci chciał odmrozić sobie uszy i robić wszystko odwrotnie niż poprzednik. Zmienił system przygotowań, zmienił ustawienie piłkarzy, chciał wymazać im z głów i z serc Portugalczyka i jego wizję piłki. Hiszpan nie tylko krytykował ponoć sposób pracy Mourinho, ale i posunął się nawet do usunięcia jego zdjęć z ośrodka treningowego Pinetina. Naraził się na śmieszność. „Widzieć można tylko poprzez serce, bo najważniejsze jest niedostrzegalne dla oczu”. Benitez już na starcie ustawił przeciwko sobie szatnię.
I tak właśnie wyglądały pierwsze miesiące bieżącego sezonu. Trener bez wsparcia szatni, drużyna wyniszczana przez urazy (na ile powodem było zmęczenie, a na ile błędy w przygotowaniu?), słaba gra, wstydliwe porażki. Klubowe Mistrzostwo Świata, zdobyte dzięki wygranym z mocno egzotycznymi rywalami, było ostatnim przystankiem dla Beniteza. Zwolnienie go z pracy było, mimo wszystko, dość zaskakującą decyzją, choć Hiszpan pozwolił sobie na mocne słowa wobec klubu. Równie zaskakujący był wybór następcy, czyli „Judasza” Leonardo, przez kilkanaście lat związanego z Milanem.
Błędy Leonardo
Leonardo, prywatnie dobry znajomy Mourinho, wydawał się lekiem na całe zło. Poparła go drużyna, bo prowadził prawdziwą politykę miłości. Mówił ciepło o wszystkim i wszystkich, był i jest kolegą dla piłkarzy. Prawdziwy dyplomata ze świetnym PR-em. Nadawałby się na premiera. Klub w końcu poszedł po rozum do głowy i dołożył w zimowym okienku transferowym kilku ciekawych graczy, jak np. Pazzini i Ranocchia. Inter zaczął wygrywać i gonić Milan. Te doraźne sukcesy przypudrowały realne problemy Interu. Ale nie na długo.
Leonardo to nie Mourinho. I choć Inter jest, na włoskie warunki, trochę samograjem, to w ważnych, decydujących meczach zawsze wzrasta rola trenera. Tak skonstruowany jest futbol. Leonardo ma problem z tymi wieczorami, gdy na jego drużyny patrzy cały świat. Rok temu w Milanie – 2 razy czapa w derby, 2 razy ostry łomot od United w Lidze Mistrzów. W tym sezonie – straszne manto w derby i kompromitacja z Schalke. Przypadek? Ostatnio fajną rzecz powiedział średnio ceniony przeze mnie Serse Cosmi: „Leonardo? Z całym szacunkiem, on pracuje drugi rok jako trener. Ja w drugim roku pracy uczyłem się zawodu na boiskach parafialnych, on uczy się go w meczach o najwyższą stawkę”. Coś w tym jest.
4-2-fantazja, jak czasem określa się preferowane przez Brazylijczyka ustawienie, dające ofensywnemu kwartetowi ogromną swobodę na murawie, to trochę za mało jak na ten poziom futbolu. W derby na murawie ze strony Interu pojawiło więcej piłkarzy ofensywnych niż kibiców na trybunach. Nic to nie dało, na boisku panował chaos. To jest najlepsze określenie minionych kilku tygodni Interu. Chaos na murawie, do tego zmęczenie fizyczne i psychiczne. I chyba też chaos w szatni drużyny. Ponownie!
W ostatnich dniach głośno mówi się o niesnaskach na linii trener-zawodnicy. Maicon i Motta nie pojechali do Parmy (ponoć nie trenowali wystarczająco intensywnie), Sneijder zaczął ten mecz na ławce. Cambiasso i Stanković mieli rzekomo wyrzucić z siebie swoje żale po przegranym rewanżu z Schalke. Koniec idylli? W przedziwny sposób wsparł (?) Brazylilczyka klub, mówiąc ustami dyrektora Marco Branci, że nieobecność tych piłkarzy w kadrze na Parmę spowodowana była „kwestiami technicznymi” i że „każdy trener ma prawo podejmować decyzje, które uważa za słuszne dla drużyny”.

Quo vadis, Inter?
Pytanie: jaki ma być Inter AD 2011/2012? Ten sam co teraz, może wzmocniony jeszcze 2-3 klasowymi zawodnikami i znów mierzący w wygranie Ligi Mistrzów? Czy może przechodzący terapię odmładzającą, pozbywający się piłkarzy po 30-tce (Cordoba, Milito, Stanković) i tych najbardziej marudzących (Maicon). Stawiający na młodych graczy i budujący zespół na następne kilka sezonów? W pierwszym przypadku potrzeba trenerskiej gwiazdy, a odwiecznym marzeniem Morattiego (czy realnym?) jest Pep Guardiola. W drugim, odpowiednim człowiekiem na odpowiednim miejscu wydaje się właśnie Leonardo. Niech dojrzewa razem z drużyną. Tylko czy ambitny Massimo Moratti chce czekać?
Na razie Inter musi uratować resztki honoru i to, co zostało do uratowania z tego sezonu, a więc Puchar Włoch i 3. miejsce w Serie A. Dość zabawny jest fakt, że dokładnie rok po niezbyt poważnym meczu Lazio-Inter („słynne” 0-2) dojdzie w sobotę między tymi ekipami do meczu niezwykle poważnego, który definitywnie i z przytupem może zakończyć zwycięski cykl Interu i wyrzucić go aż do eliminacji Ligi Mistrzów. Jeśli władze klubu chcą rozpoczynać nowe rozdanie z tymi samymi ludźmi, niech lepiej się dwa razy zastanowią. Dwóch trenerów miało w tym sezonie problemy z utrzymaniem porządku w szatni Interu. Może to nie przypadek?