Data ostatniej modyfikacji: 17-03-2011 , godz. 14:45

Calciobar vol. 2.0. Tanie mięso jedzą psy

Dobry humor musiał nie opuszczać Silvio Berlusconiego w poprzednią niedzielę. I to pomimo frajerskiej straty punktów, jakiej dopuścił się Milan w meczu z Bari. Uroczystości z okazji 25-lecia prezydentury Milanu były dla Cavaliere miłą odskocznią od smutnej rzeczywistości, której stałym punktem stała się ostatnio walka z prokuraturą, próbującą doprowadzić do skazania premiera w tzw. Rubygate. By nie wspominać nawet o kiepskiej sytuacji gospodarczej-społecznej kraju, z którą musi zmagać się jego rząd, kopany mocno po kostkach przez grającą coraz ostrzej centrolewicową opozycję.

Niedzielna gala była doskonałą okazją do przypomnienia ćwierćwiecza pełnego sukcesów. Milan Berlusconiego to wielki Milan. Dość przypomnieć aż pięć tytułów klubowych mistrzów Europy. Rossoneri zyskali w ciągu tych 25 lat blichtr i szacunek, jakiego nie mieli praktycznie nigdy wcześniej. Stali się synonimem stylu, klasy i sukcesu. Niczym renomowane mediolańskie domy mody. Projekt Berlusconiego, szczególnie w latach początkowych, był ambitny i wzniesiony na solidnych fundamentach. Dał wiele klubowi i jego fanom, podobnie jak ci dali wiele swojemu prezydentowi. Nie ukrywajmy, bez wielkiego Milanu nie byłoby premiera Silvio Berlusconiego.

Bal na Titanicu
Czerwony dywan znamienitych osobistości z nowożytnej historii Milanu i wspomnienia wielkich meczów drużyny to była nostalgia w czystej postaci. Ciężko nie oprzeć się jednak wrażeniu, że rzewne wspominanie dawnych zwycięstw uwypukla jedynie aktualne braki. Milan, podobnie jak praktycznie całe calcio, to trochę taki Titanic. Orkiestra gra, po pokładzie przechadzają się elegancko ubrani mężczyźni i panie w pięknych toaletach. Pod podkładem jednak zalega brud, pleśń i Bóg wie co jeszcze. A z szaf wychodzą stare upiory, przypadkowo tylko przypominające Luciano Moggiego i jemu podobnych.

O kryzysie calcio pisano już wielokrotnie. Sam czyniłem to nie raz na swoim blogu. Powtarzanie pewnych komentarzy i tez mija się w tym momencie z celem. Fakty są jednak nieubłagane. Kilkanaście lat temu Włosi grali na tych samych stadionach co teraz, już wtedy zresztą przestarzałych. Płacili najlepiej w Europie. Gwiazdy światowego formatu zabijały się o bilet na samolot do Italii. Kiedyś Milan polował na najgorętsze kąski na rynku transferowym. Van Basten, Gullit, Kaka, Szewczenko, Rui Costa to były wielomilionowe strzały budzące wyobraźnię i entuzjazm fanów.

Jak jest teraz, każdy widzi. Milan zbiera z rynku towar wybrakowany. I to najlepiej jeszcze po obniżce ceny. Nikt oczywiście nie kwestionuje umiejętności piłkarskich Ronaldinho, Ibrahimovicia, Robinho czy Cassano, ale warto zadać sobie pytanie, czy piłkarze tego typu są w stanie współtworzyć, a nawet kreować zwycięską grupę ludzi? I jaką drogę przeszedł Milan od czasu, gdy cały świat zazdrościł mu transferu trzech holenderskich tulipanów? Tanie mięso jedzą psy. Bez urazy.



Czekając na nowy dom
Równie „ciekawie” jest w innej wielkiej firmie calcio. Juventus to klub z najmocniejszym zapleczem gospodarczo-politycznym w Italii oraz największą rzeszą fanów. To legenda, ale mocno ostatnio poobijana. Fani „Starej Damy” żyją czasami wielkości i mają równie wielkie oczekiwania, absolutnie nie współgrające z rzeczywistością. Juventus pieniądze wydaje, ale wydaje je źle. Przepłaca niewłaściwych piłkarzy, jak Pepe, Martinez czy Aquilani, by sięgnąć tylko do ostatnich miesięcy. Ale też zatrudnia niewłaściwych trenerów, niekompatybilnych z ambitnymi projektami.

Ogromnym motorem napędowym dla turyńczyków będzie z pewnością nowy stadion, który zainaugurowany zostanie w lecie tego roku - zobacz TUTAJ

Ale za zmianami infrastrukturalnymi pójść muszą zmiany w zarządzaniu klubem i odpowiedni dobór ludzi. Aktualna drużyna Juventusu tylko ośmiesza koszulkę, którą zakładali i w której triumfowali Boniperti, Platini czy Zidane. Jedynie Alex Del Piero przypomina jeszcze o świetności bianconeri. Kto będzie symbolem „Juve”, gdy on zejdzie ze sceny?

Narzekanie na Milan i Juventus (choć przecież ci pierwsi idą po scudetto) nie ma być z mojej strony pokazem malkontenctwa. Jestem po prostu zdania, że te dwa kluby to najważniejsze klejnoty rodowe, jakich dochowało się przez dziesięciolecia calcio. Tylko wielkie, zwycięskie Milan i Juventus mogą pociągnąć za sobą resztę ligi. Mam od dawna wrażenie, że wszyscy we Włoszech chcą do tych dwóch klubów równać. Czy nie jest tak, że sportowe „dziadostwo” tych dwóch klubów daje alibi reszcie stawki, Interu nie wyłączając? Oburzonych kibiców nerazzurri pytam: czy letnie mercato Interu byłoby tak kiepskie, gdyby nie brak realnej, zdawało się wówczas, konkurencji w Serie A?

Trudna miłość
Calcio stało się w ostatnich latach trochę przaśne, zakurzone, momentami wręcz karykaturalne. Widzę to doskonale. Wiem, jak reagują na mecze ligi włoskiej normalni, nie-zakochani-w-calcio-tak-jak-my obserwatorzy. Marudzą. Narzekają na brzydkie, puste stadiony, nudne mecze, powolne tempo gry, przesadny taktyczny pietyzm, exodus gwiazd, zaawansowaną średnią wiekową drużyn. Mają rację.

Trudno im zrozumieć, że można kochać calcio, chłonąć je, popijając dobrym czerwonym winem i przegryzając carbonarą, ugotowaną oczywiście al dente. Nie rozumieją, czym było kiedyś, w erze przedinternetowej „90 minuto” czy „Domenica Sportiva”. A nawet zwariowane „Quelli che il calcio”. Nie wiedzą, jak to jest z pierwszą miłością, której nigdy się zapomina? Calcio można kochać, ale w tym celu należy je zrozumieć. Mam nadzieję, że moje artykuły przyczynią się do tego choćby w minimalnym stopniu.

PS. Szacunek dla Interu, szacunek dla wyjątków potwierdzających regułę.

Realizacja: Ideo
Powered by: Edito CMS
Copyright © 2009 Futbolnet Sp. z o.o. Wszelkie prawa zastrzeżone.