Data ostatniej modyfikacji: 21-02-2012 , godz. 11:00

Dariusz Marciniak. Historia tragicznego „zjazdu”

Źródło: futbolnet.pl
Autor: Mateusz Karoń

Wesoły, otwarty i przyjacielski. Sprawiał wrażenie niezbyt inteligentnego. Za to po boisku poruszał się bardzo mądrze. - Piłka szukała go tam, gdzie innego by omijała - prześwietla kolegę sprzed lat Ryszard Tarasiewicz. Zdaniem „Tarasia” specyficzny charakter zgubił Dariusza Marciniaka. Faceta, przy którego nazwisku ciągle pojawiają się dwie cholernie działające na wyobraźnię nazwy: Real Madryt i Bayern Monachium.

To miał być grajek robiący karierę na Zachodzie. Talent? Absolutnie światowy. Niestety, głowa nie poszła za umiejętnościami. Rozum zwyczajnie nie nadążał. - Małe sukcesiki zastopowały spektakularne osiągnięcia - uważa Dariusz Dziekanowski.

Marciniak był nieodporny psychicznie, ale udawał, że jest inaczej. Za każdym razem, gdy miał większe problemy, potrafił krzyknąć: „Będzie lepiej!”. Mówił: „Nic złego się nie przydarzy. Jestem urodzony pod szczęśliwą gwiazdą”. Mylił się. Później, przebywając już w szpitalu, przepraszał na kolanach. W książce „Cwaniaczku, nie podskakuj” Tomasz Jagodziński pisał, że piłkarz przysięgał: „Ani kieliszka więcej!”. Słowa dotrzymał. Pił ze szklanek i butelek…

Do Wrocławia po ratunek

 - Panowało przekonanie, że kto nie pije, ten kabluje. Darek był zbyt szczery. Nie można powiedzieć, że trafił do Śląska z chorobą alkoholową. Przecież w okresie przygotowawczym zdarzało mu się nie pić całe dwa-trzy miesiące. Skoro ktoś daje radę tyle, to potrafi wytrzymać i dłużej. Nie musi być uzależniony od używek. W pewnym momencie wokół niego nagromadziło się dużo, niekoniecznie związanych bezpośrednio z futbolem ludzi, którzy stali się jego złymi doradcami. Wiadomo, młody organizm szybko się regeneruje. Ale z czasem robi to coraz wolniej… Gdyby po którymś turnieju w Niemczech - a były takie okazje - został na Zachodzie, zrobiłby wspaniałą karierę.  Miał talent na skalę światową. No i przede wszystkim nie wspominalibyśmy go dziś w taki sposób… - żałuje Tarasiewicz.

Tamte lata były trochę inne. Młody Marciniak przyjechał do Wrocławia jako kawaler. Szybko i łatwo zarabiał kolejne pieniądze, więc wpadł w nieodpowiednie towarzystwo. - Wcześniej było inaczej. We Francji zawodnicy są bardziej kontrolowani, w Polsce nie byli. Gdyby trafił na odpowiednich ludzi, ta rozmowa wyglądałaby inaczej. Wielokrotnie go wspieraliśmy. Ja też. Chciał tego. Na jakiś okres to się udawało. Tylko każdy miał swoje sprawy. Nie dało rady przebywać z nim 24 na dobę… - kontynuuje były piłkarz Nancy i Lens.

- Nie do końca się zgodzę, że nie miał choroby. Przyszedł z Widzewa, bo nie potrafili sobie z nim poradzić. Wiadomo: do wojskowego klubu po dyscyplinę. Ale nie to jest najważniejsze. Darek sam nie umiał się okiełznać. Staraliśmy się mu pomóc. Polegało to na tym, że kiedy lądował za karę w jednostce, my go wyciągaliśmy. Wstawialiśmy się u szefostwa. Ręczyliśmy za niego, obiecywaliśmy, że się poprawi. Robił to, ale na krótko - przyznaje inny były piłkarz Śląska, Waldemar Prusik.

Marciniakowi ciężko jednak było się opamiętać. Wpadł w towarzystwo, któremu bardzo zależało na jego nazwisku. Zadawał się z ludźmi lansującymi się znajomością z piłkarzem. - Po treningu czy meczu wyciągali go ze sobą. Czas wolny spędzali przede wszystkim w dobrych lokalach. A we Wrocławiu takich miejsc było niewiele. Klub „Pałacyk” i dyskoteka „Między Mostami” - teraz stoją tam piękne apartamenty. Ci ludzie mieli na to pieniądze, ale nie mam pojęcia, skąd - głowi się Prusik.

- Przyjechałem na mecz o 11, a Heniu Apostel razem z kierownikiem drużyny chodzili bardzo zdenerwowani. Potem się okazało, że wojsko zwinęło Darka o drugiej w nocy. Balangował z dziewczynami i butelkami. Heniek miał problem, bo nie wiedział, kogo wystawić. Zdecydował, że Marciniak zagra, ale nie od pierwszej minuty. Apostel wpuścił go na ostatnie pół godziny, a ten… strzelił bramkę. Miał w sobie coś niesamowitego. Zdobywał gole nie tylko wtedy, kiedy obrońcy i bramkarz się tego nie spodziewali. Zaskakiwał także kolegów z drużyny - uważa p.o. dyrektora Muzeum Sportu i Turystyki w Warszawie, Tomasz Jagodziński.

Lubin nie akceptował…

Wiele osób twierdzi, że w Zagłębiu Lubin Dariusz Marciniak nie był akceptowany przez drużynę. - Nieprawda. Miał duży udział w zdobyciu mistrzostwa i wicemistrzostwa. Niemniej jednak wszyscy to wiedzieli: Darek nie prowadził się jak powinien. Przesadzał i wiadomo, o czym mówię… O jego libacjach krążyły legendy. Znikał i kilka dni nie było go na zajęciach. Czasami na treningi przychodził „wczorajszy”. Z kim imprezował? Był raczej singlem. Szedł na miasto, a kompanów znajdował po drodze - wspomina były bramkarz „Miedziowych”, Jarosław Bako.

Dochodziło do tego, że lubińscy działacze musieli wyznaczać osobę do pilnowania Marciniaka. Opiekun miał go odwozić i zawozić, pilnować przez cały czas. Później wpadli na pomysł ożenku z sekretarką klubową. Związek niby się udał, ale nie przetrwał zbyt długo.

Wejście smoka

Budapeszt, 17 maja 1987 roku. Dariusz Marciniak ma 21 lat i wychodzi na boisko w podstawowym składzie reprezentacji Polski. Biało-czerwoni obejmują prowadzenie w 26. minucie właśnie za sprawą młodego napastnika Śląska Wrocław. Debiutancki gol w debiucie. Lepiej wyobrazić sobie tego po nie mógł… - Wtedy wydawało się, że będzie bardzo ważnym ogniwem tego zespołu - mówi Prusik.

Więcej bramek w kadrze jednak nie strzelił. Rozegrał jeszcze cztery mecze. Karierę z orłem na koszulce zakończył wcześniej niż rok po jej rozpoczęciu. Zagrał 73 minuty Tel Awiwie z Izraelem (3:1 po bramkach Dariusza Kubickiego, Waldemara Prusika i Romana Koseckiego). Dlaczego z reprezentacją mu nie wyszło? - A kto by się zdecydował angażować do tego kogoś, kto tak się zachowuje? Wojciech Łazarek miał do niego słabość. Inni go nie powoływali. Często dlatego, że… miał „kontuzję” alkoholową. Wszyscy w środowisku znali jego „walory” pozaboiskowe - opowiada Jagodziński.

Największy zmarnowany?

- Gwarantuję, że każdy podpisze się pod tym zdaniem: Dariusz Marciniak był największym zmarnowanym talentem lat 80. na naszych boiskach. Najlepszy polski piłkarz w kategorii „nos do bramek”. Porównałbym go do… Diego Maradony. Ale raczej pod względem jego życia pozaboiskowego. Wróćmy do nieszczęsnego Darka. Gdyby uniknął pokus, mógłby zawojować świat - dodaje były rzecznik PZPN

Marciniak miewał jeszcze przebłyski. W sezonie 1995/1996, jako piłkarz GKS-u Bełchatów, zdobył kilka bramek. W ekstraklasie kopał ponownie pięć lat później. W 2003 odszedł na zawsze. Miał 37 lat.

Co jakiś czas pojawiają się wątpliwości. Ten Marciniak to był polski Maradona (z zachowaniem proporcji) czy jednak tylko na takiego go kreowano? Do dziś zdania są podzielone.

- Technika raczej użytkowa. Przyjęcie, zastawienie się, obrót z piłką… Świetnie grał w powietrzu. Pamiętam, jak graliśmy we Wrocławiu z Legią. Marciniak strzelił wtedy dwie bramki. Był najlepszy na boisku. Utkwiło mi w głowie, że jedną z nich zdobył właśnie z główki - opowiada Prusik. - Potrafił strzelać jak nikt. Sylwetka - dla napastnika - idealna. Do tego mocne uderzenie z obu nóg, nienaganne przyjęcie… Trochę był za wolny - wtóruje Bako.

Część znajomych do teraz żałuje, że nie udało im się pomóc Marciniakowi. Inni nie mają złudzeń. - Jak ktoś chce, żeby go wyciągnąć, to w końcu się uda. Darka zamykali, wyznaczali dyżury do pilnowania… A jak chciał, to i tak się wymknął. Wszystko na nic. U nas, w Widzewie, nikt z alkomatem nie biegał. A gdzie indziej to się podobno zdarzało. Cokolwiek byśmy nie zrobili, on po prostu wybrał takie życie. Sława i zbyt duże, szybko zdobyte pieniądze całkiem nim zakręciły - twierdzi Wiesław Wraga.

A może problem leżał głębiej? Prawdopodobnie ojciec śp. Dariusza Marciniaka również był alkoholikiem. Jedno jest pewne: gdyby zawodnik odpuścił zabawę, na pewno pisałoby się o nim inaczej. Wysłannicy Realu Madryt na stadionie Śląska Wrocław to nie bujda. Normalny piłkarz posikałby się ze szczęścia, on nie. Lekko „wzięty” wypalił: - Nikt nie będzie mną handlował!

Realizacja: Ideo
Powered by: Edito CMS
Copyright © 2009 Futbolnet Sp. z o.o. Wszelkie prawa zastrzeżone.