Data ostatniej modyfikacji: 04-01-2012 , godz. 15:30

Futbologia. Odszczekiwanie czas zacząć

Źródło: futbolnet.pl
Autor: Szymon Woźniak
Jose Maria Bakero Jose Maria Bakero

Gdyby ktoś wybierał się do Poznania, to musi się przygotować na odbiór niecodziennych odgłosów... odgłosów odszczekiwania. To autor niniejszego cyklu odwołuje peany pochwalne na cześć niejakiego „Kopernika”, którego poczynaniami zachłysnął się późnym latem roku ubiegłego.

Pewien anonimowy czytelnik (czytelnicy?), ale także redakcyjny kolega i kilku innych ludzi żądnych krwi i sprawiedliwości domagają się, bym się tłumaczył ze swojej bezpodstawnej fascynacji trenerskimi dokonaniami Jose Marii Bakero. I oto posypuję głowę popiołem. Bask złym trenerem jest. Ale oczywiście jest też jakieś „ale”...

Piłkarze Lecha na początku rundy wręcz rozstrzeliwali swoje ofiary, które akurat raczyły się im nawinąć. Bez większego problemu, bez wysiłku, z dużym efektem. Wszystko układało się w logiczną całość: Lech w ubiegłym sezonie - czerstwy i niestrawny, Lech w obecnym - efektowny i niech mnie kule biją, wykwintny, realizujący katalońską misję baskijskiego trenera na dorobku. Zmiany w „Kolejorzu” wydawały się na wskroś logiczne i konieczne, a ich efekt przyznawał Jackowi Rutkowskiemu tytuł mistrza (czy, jak sam woli - „majstra”) gier strategicznych.

Barcelońska gra w stolicy Wielkopolski bardzo szybko okazała się jednak przewidywalna, prosta do rozszyfrowania (z czego skwapliwie skorzystali trenerzy szykujący się na starcie z KKS-em) i nużąca w odbiorze. Niekiedy biorą nas nudności od obserwowania samych katalońskich mistrzów w akcji, a co dopiero od śledzenia popisów ich nieudolnych naśladowców. Piłka w wydaniu poznańskim stała się nie tylko mało efektywna, ale także mało efektowna. Dla publiczności zrzeszonej wokół Bułgarskiej to wystarczający powód, by szarlatana przekląć, przegnać i zatrzeć ślady, by nie ośmielił się wrócić.

Donośne „chcemy trenera, a nie żadnego Bakera” w wykonaniu kibiców niebiesko-białych spina zresztą klamrą całe dotychczasowe urzędowanie byłego pomocnika Barcelony na szkoleniowym stołku na Grunwaldzie. Wydawałoby się, że to całkiem sensowne zakończenie historii z udziałem kędzierzawego erudyty. Jednak w Poznaniu kibice, jak się okazuje, niewiele mają do powiedzenia. Bask zostaje, bo w Lechu jak dotychczas nie miał łatwo. Przede wszystkim zaś nie dokończył swojej misji. Zarówno co do jednego, jak i drugiego pełna zgoda, ale czy kiedykolwiek będzie miał łatwo i czy w ogóle zaczął ją realizować?

Nauczyliśmy się myśleć o Lechu jako o jednej z trzech najlepszych drużyn w Polsce, która nawet na stojąco powinna sobie zapewnić miejsce w pierwszej trójce. Jednak stan, w którym klub z Poznania w ostatniej dekadzie usadawiał się na podium ekstraklasy trwał... zaledwie dwa sezony. Dwa sezony! A my przywykliśmy do tej hegemonii Dumy Wielkopolski, jakby była nam dana wraz z chrztem w 966 roku w nieodległym Gnieźnie.

Jeśli ktoś ma problemy z pamięcią, warto wspomnieć o koincydencji tej ligowej prosperity „Kolejarza” z przyjściem do klubu Roberta Lewandowskiego i zakończeniem się jej wraz z jego odejściem. Jest oczywiście kilku innych piłkarzy, których nie wolno nam pominąć, choćby i Tomasz Bandrowski, jednak to właśnie dzisiejszy lider reprezentacji był tym języczkiem u wagi. Piłkarzem robiącym różnicę? Nie, to za mało powiedziane – raczej ciągnącym swoich kolegów za uszy, sprzedającym im otrzeźwiającego „liścia” i wytyczającym cel.

Można powiedzieć, że Bakero ma Rudnevsa. Łotysz z pewnością jest napastnikiem nietuzinkowym, jednak w przeciwieństwie do snajpera Borussii Dortmund, mniej wszechstronnym i bardziej czerpiącym pełnymi garściami z aktywności kolegów, niż tę aktywność stymulującym. Być może dzisiejszy lider klasyfikacji strzelców poradzi sobie w lidze włoskiej, może nawet angielskiej, ale Lech występujący w lidze polskiej potrzebuje kogoś wyszarpującego każdy kawałek boiska z gardeł przeciwników i dzielącego się nim z drużyną. Kogoś takiego jak „Lewy”. Bez niego jest wręcz drużyną trącającą o przeciętność, z jednym wybitnym piłkarzem, właśnie reprezentantem Łotwy.

Bakero nie ma więc łatwo, ale i sam, zadania reorganizacji swojego zespołu sobie nie ułatwia – oddelegowując z klubu gracza o takim potencjale jak Jacek Kiełb. Nie wiadomo też w co tak naprawdę celuje Bask, bo stali bywalcy pomeczowych konferencji mogą w ciemno obstawiać, że będzie zadowolony. Niezależnie od wyniku, czy prezentowanej przez jego drużynę postawy. Ale być może on wcale nie po wyniki tu przyjechał i nie po to otrzymuje swoje nieliche apanaże?

O czym wspominałem już w moim niegdysiejszym hymnie pochwalnym ku czci Bakero TUTAJ, do zadań Baska należy także zbudowanie na modłę barcelońską systemu szkolenia młodzieży. Jak mu to wychodzi? Trudno stwierdzić – bo zaledwie dwa razy widziano go na meczach Młodej Ekstraklasy, ale może akurat upodobał sobie rozgrywki młodszych adeptów futbolu, których może jeszcze nawrócić na właściwą drogę.

Nie wiadomo też, czy prawdą jest fama krążąca po mieście jakoby poznańską (a może wroniecką) misją Bakero jest reklamowanie pralek i kuchenek w Hiszpanii. Jacyś źli ludzie ją rozpowiadają. Źli, tym bardziej że na taki udział Jose Marii w marketingowym procederze amikowym brakuje dowodów... Ale w sumie, czy to ważne? Osobiście odżegnuję się od jakiejkolwiek pointy, żebym znowu za pół roku czegoś nie odszczekiwał.

Realizacja: Ideo
Powered by: Edito CMS
Copyright © 2009 Futbolnet Sp. z o.o. Wszelkie prawa zastrzeżone.