Data ostatniej modyfikacji: 22-02-2012 , godz. 14:40

Historia Bakera. Od legendy do frajera

Źródło: futbolnet.pl
Autor: Rafał Sahaj
Jose Mari Bakero Jose Mari Bakero

Urodził się 11 lutego 1963 roku w malutkim miasteczku Goizueta. Początków nie może zaliczyć do najłatwiejszych. Żył w rodzinie wielodzietnej, miał dziesięcioro rodzeństwa. Szybko uznał, że jego szansą będzie futbol, i na tym się skupił. W wieku 17 lat zadebiutował w Primera Division, w barwach Realu Sociedad. To właśnie w San Sebastian zaczęła się jego prawdziwa kariera…

W 1981 i 1982 roku zdobył mistrzostwo Hiszpanii. Grał głównie jako środkowy pomocnik lub schowany za napastnikami „mediapunta”. Nie był typem goleadora, ale kilka bramek w sezonie zawsze strzelił.

W 1988 roku nastąpił prawdziwy przełom w jego karierze. Posadę trenera FC Barcelona objął Johan Cruijff. „Latający Holender” zażyczył sobie właśnie jego w składzie - jako uzupełnienie świetnej ekipy, złożonej z takich zawodników jak Andoni Zubizarreta, Jose Ramon Alexanko, Lopez Rekarte czy Txiki Begiristain. Później do drużyny dołączyli Pep Guardiola, Ronald Koeman, Michel Laudrup. Romario i Christo Stoiczkow. Rezultat? Słynny „Dream Team” i jego 11 tytułów w ciągu zaledwie sześciu lat. Nie da się ukryć, że jednym z ojców sukcesów Barcelony w tych latach był nasz bohater - Jose Mari Bakero.

Zostać legendą

6 listopada 1991 roku, rewanż drugiej rundy Pucharu Europy na Fritz-Walter-Stadion. W pierwszym meczu Barcelona pewnie pokonała Na Camp Nou Kaiserslautern 2:0. Rewanż wydawał się być formalnością, rzeczywistość okazała się jednak zupełnie inna. Gospodarze jeszcze przed przerwą wyszli na prowadzenie, po przerwie szybko podwyższyli, a tuż przed końcem strzelili na 3:0, co dawało awans ówczesnemu mistrzowi Niemiec. W 90. minucie stał się jednak cud, za sprawą Baska z bujną fryzurą.



Zwycięstwo pozwoliło Barcelonie awansować do trzeciej rundy i co za tym idzie - otworzyło drogę do pierwszego Pucharu Europy. Jose Bakero stał się legendą... W sumie w ciągu ośmiu sezonów od 1988 do 1996 roku wystąpił w 432 spotkaniach „Blaugrany” i strzelił 115 bramek. Zdobył 11 trofeów, w tym Puchar Europy i cztery mistrzostwa Hiszpanii.

Zła droga

Bakero zakończył karierę piłkarską sześciomiesięczną przygodą w meksykańskim Veracruz. W Meksyku rozpoczął też przygodę z trenerką, jednak pobyt w Puebli zakończył bez wymiernych efektów. Hiszpan wrócił do ojczyzny, aby spróbować szczęścia w rezerwach Malagi. Nie spędził jednak dużo czasu w Andaluzji i po sezonie rozstał się z klubem, któremu zapewnił utrzymanie.

Kolejny epizod Bakero to praca dyrektora sportowego w Realu Sociedad. Zatrudnienie Baska był priorytetem Jesusa Mari Zamory, ówczesnego wicedyrektora klubu - były piłkarz Barcelony miał stać się odpowiedzialny za nowy projekt zespołu z San Sebastian.



Nie zagrzał długo miejsca w biurze dyrektora sportowego i w marcu 2006 roku został trenerem pierwszej drużyny. „Razem możemy pokonać tę inercję” - powiedział na konferencji prasowej. Klub znajdował się w strefie spadkowej, a do końca spotkania zostało dziewięć spotkań...

Pierwszy mecz, z Getafe, przegrał, ale następne podejścia były dużo lepsze. Ba, Sociedad pod wodzą Jose Bakero wywiózł nawet remis z Santiago Bernabeu. Zespół utrzymał się, a baskijski szkoleniowiec rozpoczął przygotowania do kolejnego sezonu.

Zaczęło się od remisu w Bilbao z Athletikiem, następnie przyszła kolej na pięć porażek z rzędu. Bezbramkowy wynik z Mallorcą przelał czarę goryczy. 26 października 2006 roku Real Sociedad zajmował ostatnie miejsce w La Liga z dwoma punktami i dwoma golami na koncie... „Wiem, że kiedy tracisz bramki w taki sposób, publiczność będzie rozczarowana. Ale patrzę na to pozytywnie, ponieważ do wyniku 0:2, rywal nie był od nas lepszy” - powiedział po meczu z Sevillą Skąd my to znamy?

„Zespół jest dużo lepszy, niż to pokazuje. Jestem optymistą i wierzę, że zespół może to zmienić. Kiedy nie masz wyników, nie ważne jest, co powiesz” - przyznał któregoś razu trener. Kilkanaście dni później został zwolniony.

Po przygodzie w San Sebastian Jose Bakero dostał pracę u boku Ronalda Koemana w Valencii. „Nie będzie rewolucji. Niektórzy gracze mają kontuzje, inni nie są w formie. Ale musimy wykorzystać to, co mamy. Powoli będzie klarować się idea Ronalda” - mówił asystent trenera „Los Che”. Tak długo nie zamierzali czekać działacze i jeszcze przed końcem sezonu holendersko-hiszpański duet pożegnał się z pracą. W Walencji Bakero zyskał sobie pseudonim „Aleador” („ale!” znaczy z hiszpańskiego coś w stylu „no dalej!”). Podobno tylko to słowo powtarzał na treningach.

Tonący brzytwy się chwyta

Stracił szacunek w Walencji, dlatego zaczął rozpaczliwie szukać deski ratunku. Niestety, tak na to trzeba patrzeć, skoro zdecydował się na pracę w Polsce... Po legendę Barcelony zgłosił się Józef Wojciechowski. Co było dalej? Chyba wszyscy doskonale pamiętają...

Po przygodzie w stolicy Bakero postanowił zostać w naszym kraju. A skuszony wielką legendą piłkarza Barcelony Jacek Rutkowski, zakontraktował Baska. Na początek Lech Poznań wygrał z Manchesterem City. Wszystko szło pięknie. Aż do czasu. Z miesiąca na miesiąc było coraz gorzej. „Guantanamera, czas już wyjebać Bakera” - krzyczeli pod koniec rundy jesiennej obecnego sezonu kibice „Kolejorza”.



Dziś już prawie nikt nie szanuje trenera Lecha Poznań. Dziennikarze śmieją się z niego za plecami, kibice wymyślają nowe przyśpiewki. Trudno się dziwić, skoro po fatalnym meczu Jose Bakero wchodzi na konferencję prasową i mówi: „Jugamos bien. Muy bien” (hiszp. „Zagraliśmy dobrze. Bardzo dobrze”).

- Dla mnie jest niezrozumiałe, że przegraliśmy spotkanie i nie stworzyliśmy sobie żadnej dogodnej sytuacji, a trener wchodzi po wszystkim do szatni i twierdzi, że z meczu jest bardzo zadowolony. Ale ta sytuacja już od jakiegoś czasu narastała, bo trener ciągle był zadowolony. Bez przerwy wszystko było dla niego „muy bien” - mówił Bartosz Bosacki, były kapitan „Kolejorza”.

Jak się wydaje, metody treningowe „Kopernika” nie należą do najlepszych. Jak on w ogóle może porozumiewać się z zawodnikami, skoro przez ponad dwa lata pobytu w Polsce nauczył się kilku słów. „Dzień dobry”, a na treningu „dwa kontakta!”. Smutne. I nie jest wytłumaczeniem to, że język polski jest trudny dla obcokrajowca. Ostatnio spotkałem Hiszpana, który po dziesięciu dniach (dziesięciu!) pobytu w Polsce potrafił się całkiem dobrze dogadać. Można? Można.



Byłeś dobrym piłkarzem, nie znaczy, że będziesz dobrym trenerem. Trzeba mieć to coś. Nie każdemu dane jest być kolejnym Fabio Capello czy Pepem Guardiolą... Dni Jose Mari Bakero w Poznaniu są policzone i to dosyć dokładnie. Mecz z chorzowskim Ruchem ma być ostatnim, w którym Lechitami dowodził będzie Bask. Jego miejsce zająć ma w najbliższy poniedziałek Michał Probierz.

Hiszpan już w grudniu mógł pożegnać się z „Kolejorzem”, ale ostatecznie został. Dla kibiców od jakiegoś już czasu jest skończony. „Ta wygrana nic nie zmienia - Bakerowi do widzenia!” Vox populi, vox Dei - rzecz święta. Bakero ostatnio nie mógł usłyszeć nawet takiego hasła, wszak Lech przegrał u siebie z GKS-em Bełchatów. To była ostatnia domowa porażka za jego kadencji…

Realizacja: Ideo
Powered by: Edito CMS
Copyright © 2009 Futbolnet Sp. z o.o. Wszelkie prawa zastrzeżone.