Wraz z początkiem października 2009 został pełniącym obowiązki rzecznika prasowego Polskiego Związku Piłki Nożnej. Od początku zapowiedział walkę o dobre imię związku. Janusz Atlas w rozmowie z futbolnet.pl opowiada o początkach swojej pracy.
- Jak Pan się czuje w nowej, bardzo trudnej roli?
- Na pewno niezbyt komfortowo. W ostatnich dniach stałem się obiektem ataków nie za to, jakim jestem człowiekiem czy za to, co robię w życiu, ale za funkcję, jaką sprawuję. To nie jest łatwa sytuacja, ale wierzę, że uda mi się ją zmienić.
- W prasie od razu pojawiły się zarzuty, głównie o Pana skłonności do alkoholu.
- Czytałem ten artykuł. To stek bzdur. Zresztą nie tak dawno jego autor, pan Szadkowski, którego nigdy na oczy nie widziałem, zadzwonił do mnie z jakąś sprawą. Nie zdążył nawet zadać pytania, bo od razu powiedziałem mu, co o nim myślę. Próbował się tłumaczyć, ale nie miał żadnych źródeł na potwierdzenie swoich słów. Dla mnie taki człowiek jest zwykłym ch... Nie mam zamiaru rozmawiać z tego typu ludźmi.
- Zaraz po nominacji zapowiadał Pan, że będzie stanowczo reagował na wszelkie zaczepki wymierzone w kierunku PZPN.
- Oczywiście. Poprzedni rzecznik, Jakub Kwiatkowski, był bardzo mało widoczny. Nie wiem, kto go wybrał, ale fakt, że w ostatnim tygodniu napisano o mnie więcej, niż o nim przez całe jego życie, co o czymś świadczy. A tymczasem PZPN znajduje się pod obstrzałem, w 90 procentach niesłusznym. Prezes Grzegorz Lato zrobił naprawdę wiele dobrego. Kontrakty ze SportFive czy Nike zostały podpisane na świetnych warunkach. Wreszcie mamy nową siedzibę. Stara, przy Miodowej, była zwykłą speluną. W nowej moglibyśmy przyjąć nie tylko Michela Platiniego, ale nawet papieża.
- W jednym z wywiadów mówił Pan, że ma czystą kartę dyscyplinarną w PZPN, natomiast karta nagród jest pełna. Gdyby miał Pan stworzyć osobistą listę zasług dla związku, co by się na niej znalazło?
- Główna zasługa to wydawanie związkowego pisma. Federacja w każdym kraju musi takowe posiadać, nawet jeżeli miałoby być wydawane na papierze toaletowym. My stworzyliśmy pismo, które wartością merytoryczną dorównuje czołowym tytułom w kraju. Dodatkowo, niedługo będzie można je dostać w pociągach Inter City czy samolotach.
- Czy na ten moment czuje się Pan bardziej dziennikarzem czy działaczem?
- Na pewno nie działaczem.
- A nie szkoda trochę tych lat w pracy dziennikarskiej, w której miał Pan wyrobioną konkretną markę?
- Ja i tak nie mam aż tak dużo do stracenia. Spójrzmy na przykład Grzegorza Lato. Jeszcze nie tak dawno był ikoną polskiego futbolu, a teraz każdy go opluwa.
- Kiedy telewizja Polsat przeprowadzała sondę dotyczącą polskich kibiców i ich bojkotu meczu Polska - Słowacja, nie wypowiadał się Pan o tych ludziach zbyt dobrze.
- Przede wszystkim nie nazywałbym tych ludzi kibicami. Oni nie są zrzeszeni. Założyli po prostu stronę, poprzez którą chcą manipulować opinią publiczną. To zwykli chuligani, którym nie zależy na dobru reprezentacji.
- Nie zmienia to faktu, że na mecz Polska - Słowacja sprzedano do tej pory zaledwie dwa i pół tysiąca biletów.
- Tak, ale nie jest to tylko zasługa tych ludzi. Głównym powodem są słabe wyniki reprezentacji. Gdyby nasza kadra wygrała z Czechami, jestem przekonany, że stadion byłby wypełniony do ostatniego miejsca. Jeżeli naprawdę na stadionie miałaby się stawić tak mała liczba widzów, byłaby to tragedia.
- Na stronie internetowej związku pojawiła się informacja o spotkaniu prezesa Lato z przedstawicielami kibiców. Na jakiej zasadzie zostali dobrani Ci ludzie, że to właśnie ich można nazwać przedstawicielami?
- Są zrzeszeni i chcą dobra polskiego futbolu. Z takimi ludźmi można prowadzić merytoryczną dyskusję.
- Przez całą ósmą kolejkę Ekstraklasy kibice na stadionach prowadzili protest, zaprzestając dopingu w pierwszych połowach meczów. Prezes Lato gościł wówczas w Wodzisławiu Śląskim i tam spotkał się z, delikatnie mówiąc, niezbyt miłym przyjęciem.
- Już powiedziałem, co sądzę o tych ludziach. Trzeba też przyznać, że związkowi dostało się niesłusznie, bo decyzja o karze dla Lechii Gdańsk została podjęta przez Komisję Ligi, która jest organem Ekstraklasy S.A. Z drugiej strony, solidaryzujemy się z ową komisją, bo o ile sam transparent nie godzi w uczucia Polaków, o tyle stadion nie powinien być miejscem do tego typu manifestacji. W innym przypadku na stadionach zaczęłyby się pojawiać transparenty w stylu „Kocham Kaśkę”, a innym razem „Kaśka to stara k...”. Psychologia tłumu jest zbyt skomplikowana, żeby można było sobie pozwolić na lekceważenie tego typu aspektów.
Rozmawiał Radosław Dąbrowski