Przez całą karierę wierny dwóm klubom: Ruchowi Chorzów i ateńskiemu Panathinaikosowi. Dzięki temu Krzysztof Warzycha stał się legendą zarówno dla kibiców „Niebieskich”, jak i „Zielonych”. W piłce klubowej spełniony w ponad stu procentach, jednak jego występy w reprezentacji pozostawiły wielki niedosyt.
Słynny „Gucio” w rozmowie z Futbolnet.pl podzielił się swymi przemyśleniami m.in. na temat powrotu do Polski, greckiego kryzysu, Igora Sypniewskiego oraz tego, komu będzie kibicował w meczu Polska - Grecja.
- Najlepsze lata spędził pan w Panathinaikosie. Nie było ofert z lepszych klubów?
- Oczywiście, że były! Problem polegał na tym, że klub nie chciał mnie sprzedać. Chciałem spróbować sił w silniejszej lidze, ale włodarze blokowali wszystkie oferty. Sam do końca nie wiem, kto, kiedy i za ile chciał mnie kupić. O niektórych zainteresowaniach dowiedziałem się po czasie.
- Nie czuje pan żalu z tego powodu?
- Nie, absolutnie. Wręcz przeciwnie: cieszę się, że doceniali moje umiejętności i chcieli, abym został w drużynie. W Atenach zawsze czułem się jak ryba w wodzie, nie bez powodu zostałem tutaj po zakończeniu kariery. Obecnie prowadzę szkółkę piłkarską, która daje mi dużo satysfakcji. Lubię przekazywać swoje doświadczenia młodzieży. Czekam z niecierpliwością, aż któryś z nich zadebiutuje w Alpha Ethniki.
- Czyli powrót do Polski pana nie interesuje?
- Ukończyłem kurs UEFA PRO. Jeśli któryś z polskich klubów zechce zatrudnić mnie jako trenera, to z pewnością rozważę tę propozycję. Ale nie ukrywam, że bardziej zależy mi na trenowaniu któregoś z greckich zespołów, najlepiej w Atenach.
- Kryzys finansowy pana nie przeraża?
- Jestem przekonany, że takie kluby jak Olympiakos, Panathinaikos i PAOK poradzą sobie z tym całym zamieszaniem. Fakt, wszystkie greckie kluby są pogrążone w kryzysie, ale myślę, że w podobnych tarapatach znajdą się niedługo również inne europejskie ligi. Wiele wskazuje na to, że najlepsi zawodnicy zdecydują się na wyjazd za granicę, ale wątpię, by Polska była dla nich atrakcyjnym kierunkiem. Uważam, że poziom ligi greckiej jest zdecydowanie wyższy od polskiej. Na skraju bankructwa stoi druga i trzecia liga, ale wątpię by ci piłkarze podołali wymaganiom ekstraklasy. Wszelkie znaki na niebie wskazują na to, że od przyszłego sezonu grecka druga liga w obecnym kształcie upadnie. Piłkarze będą grali w niej za darmo. Jedynym pozytywem kryzysu jest to, że szansę gry dostają młodsi zawodnicy. Na przykład w PAO (Panathinaikos Athlitikos Ominos - red.) bramkarzem numer jeden jest zaledwie 18-letni Kapino, który w przyszłości ma szansę zrobić wielką karierę. Jestem pod wrażeniem jego gry między słupkami.
- Zamierza pan zarekomendować któregoś z polskich zawodników włodarzom PAO?
- Staram się śledzić rozgrywki ekstraklasy regularnie, szczególnie mecze Ruchu Chorzów. Jednak na dzień dzisiejszy nie chcę zabierać głosu w tej sprawie. Bardzo podoba mi się gra Legii, ale od szukania talentów są skauci, a nie ja.
- Jak wyglądają pana relacje z Antoniosem Nikopolidisem, który przeszedł z „Koniczynek” do obozu największego wroga, Olympiakosu?
- Wbrew pozorom pozytywnie. Spotykamy się podczas meczów charytatywnych, ale nie czuję do niego żalu z powodu odejścia. Podczas wspólnego pobytu w PAO nigdy nie byliśmy najlepszymi kolegami, więc wobec jego decyzji o odejściu przeszedłem obojętnie.
- Ostatnim polskim piłkarzem grającym w PAO był Jakub Wawrzyniak. Czy namawiał pan włodarzy klubu, aby dali mu jeszcze jedną szansę?
- Nie, nie rozmawiałem z nikim na ten temat.
- Komu będzie pan kibicował w meczu Polska - Grecja?
- Trudne pytanie (śmiech). Mam nadzieję, że obu zespołom uda się wyjść z grupy. Nie mam faworyta. Za Grekami przemawia doświadczenie, które może okazać się kluczowe. Z kolei Polacy zagrają przed własną publicznością, dzięki czemu będą mieli przewagę psychologiczną. Dużym minusem jest to, że od dwóch lat nie grają meczów o punkty, nie wiadomo, jak poradzą sobie z presją. Staram się oglądać wszystkie mecze w ich wykonaniu, jedne podobają mi się bardziej, drugie mniej. Ale myślę, że na awans do fazy pucharowej jest realny.
- Miał pan okazję grać z kapitanem reprezentacji Grecji, Giorgosem Karagounisem. Czy pana zdaniem jest to zawodnik, któremu będzie trzeba poświęcić szczególną uwagę?
- Tak, on już od najmłodszych lat przejawiał niesamowity talent. To piłkarz, który żyje piłką 24 godziny na dobę. Jest niezwykle ambitny, czasami nawet za bardzo. Chce, by każda akcja ofensywna przechodziła przez niego, domaga się, aby zagrywać do niego piłkę nawet wtedy, gdy pozostali zawodnicy znajdują się w lepszym położeniu (śmiech).
- Dlaczego w pana przypadku kariera klubowa nie przełożyła się na karierę reprezentacyjną?
- W klubie czułem większe poparcie ze strony sztabu szkoleniowego. Po rozegraniu jednego, dwóch, a nawet trzech słabszych meczów wciąż wierzyli w moje umiejętności. W reprezentacji było pod tym względem inaczej. Wystarczyło jedno gorsze spotkanie, aby zostać skreślonym. Po drugie, byłem testowany w pomocy, a to nie nigdy nie była moja ulubiona pozycja. Po trzecie, nie dostawałem powołań regularnie, przez co ciężko było mi się przyzwyczaić do schematów taktycznych. Liga grecka jest trochę niedoceniania, tutejsze kluby grają regularnie w europejskich pucharach, więc poziom nie jest taki niski jak się na pozór wydaje. Szkoda, bo przewinęło się tutaj kilku niezłych zawodników, którzy byli w stanie wnieść coś nowego do reprezentacji. U nas patrzy się przede wszystkim na to, w jakim klubie dany zawodnik gra, dopiero później na jego umiejętności.
- Jak pan wspomina Igora Sypniewskiego?
- To był bardzo utalentowany piłkarz, a przy tym sympatyczny chłopak. Moim zdaniem miał potencjał, by zostać gwiazdą nie tylko Panathinaikosu, a wręcz czołowego zachodniego klubu. Pomogłem mu się zaaklimatyzować w Atenach, ale wiadomo - on miał już swoje lata, a na jego niektóre decyzje nie miałem niestety wpływu. Szkoda, że zbłądził, żal mi go. W tej chwili nie mam z nim żadnego kontaktu, nie mam pojęcia, czy wrócił na prostą.
- Michał Probierz zbiera dobre recenzje w Grecji. Istnieje prawdopodobieństwo, że w przyszłości zasiądzie na ławce trenerskiej PAO.
- Takiego scenariusza nie można wykluczyć, ale najpierw musi osiągnąć znaczący sukces z Arisem. To bardzo sympatyczny facet. Mieliśmy okazję się spotkać przed meczem Aris - Panathinaikos i wymienić się swoimi spostrzeżeniami odnośnie futbolu.
- W Polsce została wydana książka śp. Romana Hurkowskiego na pana temat. Dlaczego tak ciężko ją dostać?
- Ta książka została napisana z okazji mojego ostatniego meczu w barwach Ruchu Chorzów, jej nakład był niewielki. Zdaję sobie sprawę, że w Polsce moja osoba nie budzi tak dużego zainteresowania, jak w Grecji.

Rozmawiał Radosław Budnik
Jeśli się nie mylę Gucio strzelił Ajaksowi na wcale nie nowym Stadionie Olimpijskim, takim z bieżnią kolarską a la stadion przy ul. Kałuży kiedyś....
Ajax rozgrywał tylko mecze pucharowe tam i nietóre ważniejsze ligowe (czyli jakieś dwa w sezonie), resztą na mieszczacym kilkanaście tysięcy widzów stadionie De Meer. Tam to był klimat...
Tu pożegnalny mecz Franka Rijkaarda na De Meer, dosyć dobrze czuć tamte czasy
http://www.youtube.com/watch?v=HRyho_i9554
Ale ogólnie zgoda - za inne rzeczy zapłacisz kartą
Pozdrawiam.
Bramka Warzychy i wielki Ajax przegrywa 1:0 na inauguracyjnym meczu na nowym stadionie - to się pamięta! (za inne rzeczy zapłacisz kartą) :))