Data ostatniej modyfikacji: 21-01-2012 , godz. 10:00

Radek Rzeźnikiewicz: IV liga ciekawsza od Euro 2012

Źródło: futbolnet.pl
Autor: Szymon Jaroszyk
Radek Rzeźnikiewicz Radek Rzeźnikiewicz

165 meczów obejrzał w 2011 roku nas dzisiejszy rozmówca i wcale nie oznacza to, że jego Biblią stał się copiątkowy cykl „Piloty w dłoń!”. Przeciwnie: Radek Rzeźnikiewicz wszystkie te spotkania obejrzał na żywo! Nie wierzycie? Poznajcie jednego z najprężniejszych przedstawicieli polskiego groundhoppingu.

Na początek szybkie wyjaśnienie dla jeszcze niezaznajomionych z tematem, co to jest groundhopping i z czym to się je. Potem skaczemy już w wir przygód, ze stadionami w roli głównej…

- Groundhopping powoli zdobywa w Polsce coraz większą popularność, ale w dalszym ciągu jest często czymś nieznanym, nawet dla ludzi związanych na co dzień z piłką. Jak najprościej wytłumaczyłbyś komuś kto pierwszy raz zetknął się z Twoją pasją, czym właściwie jest?

- Groundhopping to piłkarskie podróże, pewna odmiana turystyki. Cele tych wyjazdów są jednak inne niż typowych wypadów wakacyjnych, gdy ludzie skupiają się na zwidzeniu zabytków, muzeów albo innych atrakcji. Groundhopperzy koncentrują się na oglądaniu spotkań piłkarskich.

- Dobrze odzwierciedla to jedno z haseł ze strony o groundhoppingu, którą prowadzisz - „Stadiony zamiast kościołów”…

- Można tak powiedzieć. Kiedyś już sporo podróżowałem i głównymi atrakcjami zwiedzanych miast zazwyczaj były kościoły albo katedry. Po pewnym czasie „przejadło” mi się to, więc zacząłem szukać alternatywnych atrakcji. Okazały się nimi stadiony (śmiech).

- I co było dalej? 

- Zacząłem jeździć po obiektach - najpierw rowerem - i robić zdjęcia. Później założyłem stronę kartofliska.pl, na której pisałem o zwiedzaniu stadionów, wrzucałem fotki. Dopiero po pewnym czasie poznałem termin „groundhopping” i wybrałem się na pierwsze spotkania za granice. Dzięki stronie zaczęły się do mnie odzywać osoby, które nie widziały czym jest groundhopping, ale też go uprawiały. Każdemu wydawało się, że jest sam w swojej pasji, a było wręcz odwrotnie.

I tak to właściwie wszystko się zaczęło. Stopniowo kontakty stały się coraz częstsze, pojawiły się pierwsze wspólne wyjazdy na mecze, a później zloty. Nie biorą w nich może udział jakieś oszałamiające liczby groundhopperów, ale ważne, że pojawiają się nowi. W sumie w Polsce groundhoppingiem zajmuje się kilkadziesiąt osób.

- Za ojczyznę stadionowej turystyki uznaje się Anglię, sporo dzieje się też w Niemczech…

- Tak, powstały tam nawet kluby groundhopperskie, ale szczerze mówiąc nigdy nie zagłębiałem się jakoś dokładniej w ich historie czy działalność. Wiem, że obowiązują w nich restrykcyjne regulaminy ustalające warunki przyjęcia, jak np. obejrzenie przynajmniej stu meczów, czy też – w przypadku Niemiec – odwiedzenie trzydziestu państw. Nie rozumiem do końca, czemu służą jednak te kluby, i po co są tworzone. Jestem przekonany, że nikt w polskich realiach nie wpadnie na pomysł aby podobny twór powołać, bo po co?

- A rywalizacja? Np. na ilość meczów.

- Ostatnio przeczytałem nawet na polskojęzycznej stronie, że groundhopping opiera się na rywalizacji groundhopperów. Dla mnie to zwykła bujda i z tego, co obserwuję – a znam środowisko w Polsce – to nikt do tego tak nie podchodzi. Każdy jeździ w innym stylu. Są osoby, które podróżują dwadzieścia godzin, aby obejrzeć mecz, po czym od razu wracają. Inni z kolei wolą obejrzeć w ciągu dnia kilka spotkań. Nie ma jak tego porównywać.

Większość groundhopperów co prawda prowadzi statystyki, zlicza ilość obejrzanych meczów, ale nie widzę w tym żadnej rywalizacji.

- Czyli można powiedzieć, że polski groundhopping różni się od tego zza zachodniej granicy?

- Nie do końca. Nawiązujesz do wspomnianych przeze mnie angielskich i niemieckich klubów groundhopperskich, a ja nigdy nie spotkałem ludzi w nich zrzeszonych. Poznałem natomiast wielu „normalnych” groundhopperów z innych krajów, którzy podchodzą do tego w taki sam sposób jak my.

- W minionym roku obejrzałeś 165 meczów, średnia jest imponująca – wychodzi spotkanie na żywo co dwa dni. Piłkarze w największym obciążeniu mogą grać co trzy doby...

- (śmiech) Jestem zwolennikiem wyjazdów krótkich, ale intensywnych typu piątek-niedziela, piątek-poniedziałek. W ciągu tych dni staram się zobaczyć jak najwięcej spotkań, więc oczywiście to nie jest tak, że co drugi dzień jestem na stadionie.

- Czym kierujesz się planując wyjazdy? Masz jakiś klucz geograficzny? 

- Planowanie wypraw to dla mnie jedna z fajniejszych rzeczy. Analizuje terminarze pod kątem atrakcyjności spotkań i możliwie największej liczby do obejrzenia, a wszystko konfrontuje z dojazdem, połączeniami lotniczymi. Robię to z dużym wyprzedzeniem, biorąc pod uwagę kilkadziesiąt lig, śledzę też odpowiednie fora dyskusyjne, rozmawiam ze znajomymi. Na końcu okazuje się, że warte zobaczenia jest wszystko, i w głowie pozostaje tylko mętlik.

- Czujesz się nestorem polskiego groundhoppingu? Bez wątpienia kreują cię na niego statystyki.

- Poprzez stronę, którą założyłem, jako pierwszy „przyznałem się” do swojej pasji, ale nie byłem wcale prekursorem groundhoppingu w Polsce. Wiem, że są osoby, które zaczęły jeździć znacznie wcześniej i były na większej liczbie meczów niż ja. Nie „wyświetlają” się jednak z tym. W środowisku nie ma  jednak żadnej hierarchii. Mamy co prawda „Pana Prezydenta”, ale jest to tylko żartobliwe określenie kolegi mieszkającego obecnie w Czechach.

- A koszty? Takie wojaże muszą pewnie sporo kosztować…

- Nie poddam konkretnych kwot, bo przecież każdy wyjazdy dostosowuję do swoich możliwości finansowych. Niektórzy mogą pozwolić sobie na wypady zagraniczne, inni muszą się zadowolić krajowymi, czy nawet w okolicach własnego domu. Możliwości jest dużo. W samej Warszawie są dwadzieścia cztery drużyny piłkarskie, więc jeśli ktoś chce, to nie musi się ograniczać do ekstraklasy. Wiele atrakcyjnych spotkań jest też w niższych ligach. Groundhopping nie polega też na tym aby zobaczyć możliwie najdroższy mecz, ale najciekawszy.

- Czyli groundhopping wcale nie musi być tak kosztowną pasją, jak to się może wydawać?

- Koszty rosną po pierwszym wyjeździe zagranicznym. Groundhopping działa jak najmocniejszy narkotyk. Jak już zdecydujesz się i wyjedziesz „na spróbę”, nawet z przekonaniem, że „na pewno mnie to i tak nie złapie”, to po powrocie zaczniesz myśleć o następnej wyprawie. Żeby zaoszczędzić na czymkolwiek, byle tylko wyjechać na jakiś mecz.

Jestem zwolennikiem planowania wyjazdów z dużym wyprzedzeniem, wiele osób z innych krajów tak robi. Dzięki temu można sporo zaoszczędzić, np. na przelotach. Na grudniowy wyjazd do Madrytu kupiłem bilety już w lipcu, za 400 zł w obie strony. Są też różne inne metody cięcia kosztów noclegów, wystarczy tylko dobrze poszukać.

- Jaki był twój najciekawszy mecz, przygoda?

- Było tego bardzo dużo. Ciężko wybrać jedną najlepszą, bo w zasadzie każda jest ciekawa. Lubię znaleźć sobie jakiś „klucz” wyjazdu. W ubiegłym roku, w październiku wybrałem się z kolegą do Kaliningradu – niby blisko, ale ile problemów organizacyjnych z załatwieniem samej wizy… Chcieliśmy zobaczyć mecz drugiej ligi rosyjskiej. Tamtejsza Bałtica podejmowała Łucz Energię Władywostok. I to, co skusiło nas do wyjazdu, to fakt, że pomiędzy Władywostokiem a Kaliningradem jest 7,5 tys. km. To największa odległość pomiędzy zespołami w ramach jednej ligi w Europie, i to właśnie było tym „kluczem”. Ciekawi byliśmy też, czy przyjadą kibice gości. I rzeczywiście przybyli: było ich ok. 30, prowadzili doping. Coś pięknego.

W intensywniejszych wyjazdach lubię też kombinacje, typu dwa państwa w jeden dzień, trzy w trzy dni. W ubiegłym roku w ciągu trzech dni udało mi się być na meczach w czterech krajach (Niemcy, Belgia, Holandia, Francja). W dużej mierze udało mi to się dzięki bliskości państw i analizie terminarzy.

- Dzięki groundhoppingowi mógłbyś teraz przysłużyć się Hutnikowi Kraków… Masz pomysł, jak?

- Nie.

- Podczas Euro 2012 reprezentacja Anglii będzie trenować na obiekcie Hutnika, który w związku z tym jest obecnie gruntownie remontowany. Klub zyska więc bezpłatną modernizację, ale na wiosnę ze względu na prace musi się gdzieś przenieść. W ciągu dwóch dni zdarzyło Ci się objechać 38 krakowskich boisk, i to na rowerze. Twoja wiedza dla działaczy Hutnika jest więc na wagę złota…

- (śmiech) No tak. Choć w tym przypadku jest to wybór mniejszego zła. Nikt nie chce, żeby jego zespół mecze „u siebie” musiał rozgrywać na obcym stadionie. Podobnie też było z Garbarnią, która przez pewien czas musiała grać na… Hutniku.

- Powiedziałeś, że w każdy wyjazd jest udany. Zdarzały się jednak jakieś rozczarowania?

- W sierpniu 2011 roku wybrałem się do Armenii, przy której znajduje się Republika Górskiego Karabachu. Pomimo proklamowania niepodległości nikt na świecie jako państwa jej nie uznaje. Wyczytałem w Internecie, że w 2006 roku była tam jeszcze liga piłkarska, ale nie znalazłem żadnych źródeł na potwierdzenie czy istnieje nadal. Nie zważając na to pojechałem tam po cichu licząc, że trafię na jakiś mecz. Niestety gdy dotarłem na miejsce zastałem tylko stadiony, bo żadnych rozgrywek już nie było. Ciężko też to jednak nazwać jakimś rozczarowaniem, bo sumie był to bardzo fajny wypad.

- Bywało niebezpiecznie?

- Nie, ale zdarzało mi się np. nieodpowiednio ubrać, co miało swoje konsekwencje. W Niemczech, gdy grały dwa zespoły o biało-czerwonych barwach miałem na sobie żółtą koszulkę, czyli w barwach wspólnego wroga obu grup kibicowskich, Dynama Drezno. Dlatego, gdy zmierzałem na stadion zobaczyłem mnóstwo „faków” i słyszałem wiele przekleństw skierowanych w moją stronę, ale też nie czułem się jakoś zagrożony. Ostatecznie mógłbym się wytłumaczyć, że nie wiedziałem, że nie jestem stąd… Na wszelki wypadek kupiłem jednak biało-czerwoną koszulkę, żeby się nie wyróżniać.

- A podczas opuszczania Izraela?

- Rzeczywiście. Myślałem, że kłopoty mogę mieć na lotnisku po przylocie do Izraela, podczas przepytywania o plan wizyty. Krótko zadeklarowałem wtedy „cel turystyczny”, i obyło się bezproblemowo. Gorzej było przy wylocie. Zgodnie z tamtejszym zaleceniem zjawiłem się na lotnisku już trzy godziny przed startem samolotu, ale nie wiedziałem po co tak wcześnie. Okazało się, że spośród pasażerów wybieranych jest kilka osób, które potem są przesłuchiwane do granic wytrzymałości na temat swojego pobytu. Padło też na mnie. Gdy powiedziałem, że obejrzałem jedenaście meczów piłkarskich żadna z pięciu przesłuchujących mnie kobiet nie chciała mi wierzyć. Każdej musiałem tłumaczyć system ligowy w Izraelu, ponieważ panie nie widziały, że w ich kraju istnieje piąta liga. Zarzucono mi także kłamstwo, gdy dowodziłem, że byłem na stadionie Beitara Tel-Awiw, bo przecież istnieje tylko ten z Jerozolimy… 

Trochę to trwało i musiałem się nieźle napocić, zanim przesłuchujące mnie dały za wygraną. Ostatecznie nie pozwolono mi jednak wnieść żadnego bagażu na pokład samolotu, nawet kieszenie musiałem mieć puste.  

- Który ze stadionów zrobił na tobie największe wrażenie?

- Każdy ma swój klimat, ale najbardziej przypadł mi do gustu stadion klubu Djurgarden w Sztokholmie (Stockholms Stadion – przyp. red.). To bardzo stary obiekt, z wyglądu przypomina zamek. Podczas meczu miałem wrażenie, jakbym był na wyciecze w siedzibie króla, w środku której na placu grali piłkarze. Do tego fajna atmosfera, polecam. Jeśli ktoś chciałby zobaczyć mecz na tym nietypowym obiekcie, to radzę się spieszyć. Jeszcze tylko przez kilka miesięcy piłkarze Djurgarden będą na nim rozgrywali spotkania.



Fot. groundhopping.de

 


Fot. groundhopping.de

- A która arena najbardziej cię zawiodła?

- Kiedyś na mojej stronie stadion Dolcana Ząbki nazwałem najbrzydszym w Polsce. Było to związane z modernizacją, na czas której postawiono prowizoryczne trybuny. Problem w tym, że gdzie by nie usiąść to widoczność wszędzie prócz najwyższych rzędów, była fatalna. Oglądanie meczu przez zasłaniając płot nie należy do przyjemności.

Po modernizacji będzie to na pewno ładny, kameralny stadion, ale w okresie przejściowym jest fatalnie.

- Jaki klimat, atmosferę na stadionie lubisz najbardziej?

- Zdecydowanie preferuję doping i fanatyzm, którego często nie brakuje też na mniejszych stadionach. Lubię pojechać na spotkanie trzeciej czy piątej ligi, i mile się zaskoczyć, gdy na stadionie zamiast spodziewanych trzydziestu osób zjawia się pół tysiąca, z czego dwieście w samym „młynie”.


Fot. kartofliska.pl

- Więc gdy masz do wyboru mecz Ligi Mistrzów albo z niższej ligi, to wybierasz ten drugi?

- Gdy byłem w Londynie miałem właśnie taki dylemat. Miałem do wyboru spotkanie Ligi Mistrzów Arsenal Londyn - Standard Liege, albo AFC Wimbledon - FC United. Oba rozgrywane o tej samej godzinie. Wybrałem to drugie. Dojazd okazał się bardzo niewygodny, obfitował w wiele przesiadek, a na miejscu ciężko było znaleźć nawet stadion, ale nie żałuję.

- Którzy kibice zrobili na tobie największe wrażenie?

- Przenosimy się do Francji. Podczas meczu Lille – Olympieque Marsylia siedziałem w pobliżu sektora  gości, i to oni najmocniej zapadli mi w pamięć. Żywiołowy, bardzo głośny i melodyjny doping przez całe spotkanie, było w tym widać wielką pasję.

Jeśli chodzi o największe europejskie marki, to zaskoczyli mnie kibice Barcelony. Byłem na ostatnich Gran Derbi w Madrycie, i niespodzianką była dla mnie nie tylko ich obecność ale też to, że prowadzili doping. Miałem okazje ich obserwować, bo wtedy również siedziałem blisko sektora przyjezdnych, i te ich śpiewy nie były może jakieś fanatyczne czy efektowne, ale ważne, że w ogóle były.


Kibice Barcelony w Madrycie podczas ostatnich Gran Derbi (fot. kartofliska.pl)

- W Polsce na których trybunach zasiadasz?

- Wybieram zazwyczaj sektory tzw. pikników. Jestem już stary zgredem i lubię sobie powrzeszczeć, ale też pooglądać kibiców.

- Przed nami Euro 2012. Wybierasz się na któryś ze stadionów?

- Do takich imprez podchodzę ze sporym dystansem. Nawet zacząłem szukać alternatywy, myślałem żeby wyjechać gdzieś na ten czas. Ostatecznie zdobyłem kilka biletów drugim sortem, i być może zjawie się na którymś z meczów. Nie wykluczam jednak, że jeśli znajdę jakieś ciekawsze dla mnie spotkanie do obejrzenia w tym czasie, to odpuszczę mistrzostwa.

- Euro 2012 może przegrać z np. IV ligą?

- No tak. Jeszcze nie mam do końca sprecyzowanych planów.

- Twoje marzenia na przyszłość? Nie kusi cię fanatyczna Ameryka Południowa?

- Na razie koncentruję się na Europie. Byłem na meczach w ponad dwudziestu krajach i drugie tyle na mnie jeszcze czeka. Bardzo wiele ciekawych stadionów i meczów jest jeszcze na Starym Kontynencie do zobaczenia.

Rozmawiał Szymon Jaroszyk

Relacje z wypraw Radka i masę ciekawych informacji o groundhoppingu znajdziecie na kartofliska.pl

 

Komentarze (4)

Komentarze (4)

Sortowanie komentarzy: NAJNOWSZY NAJSTARSZY
 
Komentuj...
1.
2012-01-22 22:53:48

pojebane to

2.
2012-01-22 13:23:38

dobre

3.
2012-01-21 13:25:54

Panie Radku, szacunek za ilosc meczów i samą pasje.
Mysle, ze owe 7,5 tys. km to rekord swiata, a nie tylko Europy (Europy tylko chyba z racji tego, ze to federacja UEFA).
Mam podobna palme, choc gdzie mi tam do pana...
Bylem kiedys z moja panią w Chester w Anglii i stwierdzilem, ze musimy zobaczyc tamtejszy stadion klubu Chester FC. Szlismy w upale jakies 7 km, po czym jak doszlismy, to nie chcieli nas wpuscic! Jakos sie jednak udalo i mam ten kameralny obiekt zaliczony.
Calkiem niedawno bylem na meczu w Zabkach i stadion (a raczej nowa trybuna) prezentuje sie nawet okazale. Nic jednak nie przebije "sektorów dla gosci", które straszyly na Zniczu Pruszków i Piascie Gliwice. Masakra. Klimatyczne sa tez wielkie zaniedbane molochy z krzakami na trybunach (swego czasu stadiony Polonii Bytom, czy Zaglebia Lubin).
Byl pan na Sparcie Rotterdam? Tez zamkowy klimat...

Z wieloma tezami sie zgadzam i mam podobne podejscie.
Pozdrawiam
DK

4.
2012-01-21 10:38:16

Bardzo pozytywna pasja, ale tylko dla tych co nie mają rodziny. Żony, narzeczone oraz dzieci mogą nie zrozumieć dlaczego męża i tatusia przez całe weekendy nie ma w domu.

Realizacja: Ideo
Powered by: Edito CMS
Copyright © 2009 Futbolnet Sp. z o.o. Wszelkie prawa zastrzeżone.