Data ostatniej modyfikacji: 25-01-2012 , godz. 19:00

Retro środa. Ernest Wilimowski

Ernest Wilimowski Ernest Wilimowski

Przyjęło się, że najlepsi futboliści świata pochodzą z Europy Zachodniej i Ameryki Południowej. Próżno szukać na piłkarskim firmamencie Polaków. Chociaż był taki jeden, o którym mówili, że był najlepszy. Większość pomyśli o Bońku, Lacie, Deynie czy Lubańskim. A chodzić będzie o pochodzącego z Katowic Ernesta Wilimowskiego.

- To chyba jedyny piłkarz na świecie, który zdobywał więcej bramek, niż miał szans - komentował jego umiejętności Fritz Walter, legenda niemieckiej piłki kopanej. Walter zagrał u boku „Eziego” w meczu z Rumunią w Bytomiu, w którym Niemcy wygrali 7:0. Mecz zgromadził na trybunach 55 tysięcy widzów, wśród nich małych Gerarda Cieślika i Ernesta Pohla. Ale zaraz? Niemcy? Wilimowski grał dla Niemiec? Po kolei…

„Ezi” zmienia nazwisko
Urodzony jako Ernst Otton Prandella piłkarz stał się Wilimowskim dopiero w wieku 13 lat, przyjmując nazwisko ojczyma. W domu rodzinnym mówiło się głównie po niemiecku i po śląsku. Pisano o nim w późniejszych latach, że słabo znał język polski, co jest nieprawdą. Świadczyć może o tym fakt ukończenia przez „Eziego” polskiego gimnazjum im. Adama Mickiewicza, najbardziej prestiżowej szkoły w Katowicach.

Wilimowski był wychowankiem niemieckiego klubu 1. FC Kattowitz. W 1932 udało się piłkarzom 1. FC wywalczyć tytuł mistrza (polskiej części) Górnego Śląska. W barażach o grę w ekstraklasie przegrali jednak z Podgórzem Kraków. W 1934 klub sprzedał swojego wychowanka, Ernesta Wilimowskiego, do Ruchu Hajduki Wielkie za 1000 zł (odpowiednik 10 pensji listonosza) i rozegranie dwóch meczów Ruchu z 1. FC, z których dochód miał trafić do kasy katowiczan… „Ezi” natomiast dostał etat gońca na wydziale blachy grubej w hucie Batory, zaś ojczym - posadę portiera. O  znalezienie tego typu pracy w tamtych kryzysowych czasach było bardzo trudno.

Wilkowski z miejsca stał się ulubieńcem kibiców „Niebieskich” - jeszcze w tym samym roku uplasował się na czwartym miejscu w plebiscycie „Przeglądu Sportowego” na najpopularniejszego polskiego sportowca, za takimi asami jak Stanisława Walasiewiczówna, Jadwiga Wajsówna i Janusz Kusociński.

„Ezi” królem strzelców
W pierwszym ligowym sezonie (1934 rok) w Ruchu Wielkie Hajduki został królem strzelców, zdobywając 32 bramki (biorąc pod uwagę fakt, iż w rozgrywkach uczestniczyło dwanaście zespołów, jest to osiągnięcie rekordowe), wyprzedzając w klasyfikacji swojego kolegę z drużyny, Teodora Peterka (który zadawał się dość często z „elwrami” - nazywano ich tak od słowa „elf”, czyli jedenaście, bowiem jedenastego każdego miesiąca bezrobotni otrzymywali zasiłek), z 28 bramkami na koncie. W 1936 roku ponownie zdobył tytuł króla strzelców, tym razem z 18 golami (tyle samo miał Peterek, więc panowie podzielili się trofeum). Dwa lata później uplasował się - z 19 trafieniami - na trzecim miejscu, tuż za Leonardem Piontkiem z sąsiedniego AKS-u i Peterkiem. W niedokończonych rozgrywkach ligowych w 1939 roku prowadził z 26 golami zdobytymi w 14 meczach. Gdy pierwszy raz zdobywał koronę króla strzelców, miał zaledwie 18 lat. Z Ruchem Wielkie Hajduki zdobył cztery tytuły mistrza Polski, a w 1939 zmierzał po piąty.

21 maja 1939 roku Ernest Wilimowski strzelił w meczu ligowym z Unionem Touring Łódź (12:1) - pomiędzy 15. a 89. minutą - 10 bramek! Podczas tego spotkania na chorzowskim stadionie zadebiutował słynny zegar Omega.



„Ezi” wszechstronny
Oprócz piłki nożnej „Ezi” grywał również w hokeja, a także w tenisa stołowego. W hokeja grał między innymi w katowickiej Pogoni, w tenisa - w Będzinie. W żydowskim klubie Gwiazda Stern każdy chciał się z nim zmierzyć, gdyż miał głośne nazwisko. Poza tym Wilimowski lubił jeździć na nartach i świetnie mu to wychodziło. Wyjazd na narty umożliwił mu spotkanie z przyszłym papieżem, Karolem Wojtyłą (do spotkania miało dojść przed wojną w Nowym Targu). Razem jeździli trasami Beskidu Zachodniego, byli wspólnie na pasterce w Nowym Targu; obaj świetnie radzili sobie na stoku. Spotkanie z przyszłym papieżem zrobiło na Wilimowskim niesamowite wrażenie, przez lata je wspominał. „Ezi” był katolikiem i zawsze podkreślał swe przywiązanie do religii.

„Ezi” reprezentacyjny
W reprezentacji Polski Wilimowski debiutował jako kompletny młokos, liczył sobie bowiem 17 lat i 332 dni, był najmłodszym reprezentantem kraju w historii polskiego futbolu. Jego gra emanowała pewnością siebie, wręcz ironią: mijając kilku obrońców i bramkarza, umieszczał futbolówkę w siatce z szelmowskim uśmiechem; na boisku łamał wszelkie konwenanse, zaprzeczał prawom fizyki. Prawdopodobnie w dzisiejszych czasach obserwacją jego gry zajęłyby się specjalne służby, które starałaby się usilnie udowodnić, że „Ezi” używa na murawie sił nieczystych, wręcz magicznych!

Z reprezentacją na berlińską olimpiadę w roku 1936 jeszcze nie pojechał z powodu konfliktu, jaki panował na linii Ruch - PZPN. Ale już w mistrzostwach świata w roku 1938 Wilimowski zagrał. I to jak! Zapisał się w annałach jako pierwszy gracz, który w trakcie 90-minutowej rozgrywki aż czterokrotnie trafiał do siatki (rekord ten został pobity 56 lat później, kiedy Oleg Salenko zdobył pięć goli w wygranym przez Rosjan 6:1 starciu z Kamerunem podczas MŚ w USA). Ernest cztery razy dziurawił siatkę Brazylijczyków.



Po tym spotkaniu był nawet blisko transferu nad Amazonkę - jego ojciec parafował wstępne papiery - jednak polscy działacze zablokowali przenosiny. Kiedy dowiedzieli się o wstępnych rozmowach, wpadli we wściekłość i zabronili zawodnikowi opuszczać Europę.



W 22 spotkaniach dla polskiej reprezentacji zdobył 21 goli, biegając natomiast ze swastyką na trykocie, w ośmiu meczach trafiał 13-krotnie. Ponadto w Ruchu strzelił 112 goli w 86 meczach ligowych! Niepozorny, chudy, wątły, rudowłosy piłkarz, który wyróżniał się miłością do futbolu, likieru oraz… posiadaniem sześciu palców u prawej stopy, co uznawał za swój amulet.

„Ezi” tańczący
Historycy i obserwatorzy z nieukrywanym zachwytem wspominają boiskowego wirtuoza. Z futbolówką wyczyniał cuda, prowadził ją z gracją broadwayowskiej tancerki, rywali mijał bez najmniejszego problemu, a stając z piłką na linii, rzucał bramkarzowi bezczelne spojrzenia i lekkim „dziubnięciem” pakował ją do siatki. Cały Ernest. Zawodnik nieziemsko skuteczny, o czym świadczy przypomniana wyżej wypowiedź Fritza Waltera, człowieka, który w historii futbolu zapisał się złotymi zgłoskami.

Wilimowski tańczył również poza boiskiem, wyróżniał się ogromnymi umiejętnościami w dyscyplinie polegającej na… podnoszeniu kieliszka. Ponad wszystko kochał likier. Znana jest pewna legenda, według której działacze Warty Poznań próbowali przed jednym ze spotkań schlać na umór gwiazdora Ruchu. Pierwsza tura wielkopolskich działaczy odpadła po długich zmaganiach i dopiero druga była w stanie doprowadzić „Eziego” do stanu pełnego upojenia. Dla rudowłosego napastnika nie był to jednak problem: dzień później strzelił poznaniakom hat-tricka, a jego drużyna wygrała 4:3. Oczywiście jak alkohol, to i panienki. Legendarny piłkarz uwielbiał towarzystwo dam, zmieniał je często; rzecz jasna, to również nie przeszkadzało mu w grze.



„Ezi” w Niemczech
Najprawdopodobniej najważniejszym dniem w życiu Wilimowskiego był 1 września 1939 roku. Podpisując volkslistę, stał się obywatelem III Rzeszy, co było jedynym wyjściem gwarantującym mu kontynuację kariery. Już w następnym roku zawodnik rozpoczął swoje niemieckie wojaże: występował w PSV Chemnitz, TSV 1860 Monachium, FC Augsburg czy VfR Kaiserslautern. Dla niemieckiej reprezentacji swój najlepszy mecz rozegrał przeciw Szwajcarom: jego drużyna zwyciężyła 5:3, a Ernest trafił czterokrotnie. Po murawie hasał prawie do czterdziestki, ogromnym zaskoczeniem był dla niego brak powołania na MŚ 1954 ze strony Seppa Herbergera. Miał wtedy 38 lat, jednak w niczym nie ustępował swoim kolegom. Ból był tym większy, iż Niemcy zgarnęli na tym turnieju złoto.

Po zakończeniu kariery piłkarskiej Ernest regularnie odwiedzał bukmachera. Jak twierdzi jego córka (miał trzy: Sylvię, Sigrid i Ullę), wygrywał regularnie i dużo, a swoje wiadomości czerpał z „Kickera” oraz „SportBildu”. Do jego ulubionych zespołów należały Karsluher SC, Hamburger SV oraz TSV 1860. Bezustannie komentował również sprawę swojej rzekomej zdrady polskiego narodu. Wilimowski powtarzał, że w stu procentach czuje się Górnoślązakiem, to właśnie ten region był najbliższy jego sercu. W 1995 roku miał szansę odwiedzić Chorzów, kiedy to działacze Ruchu zaprosili go, aby został gościem honorowym obchodów 75. rocznicy założenia klubu. Wilimowski podziękował za zaproszenie i nie przyjął go, oficjalnie z powodu choroby żony. Pewnego razu Kazimierz Górski zapytał: - Panie Erneście, jeśli pan nic złego nie zrobił, jak pan mówi, to dlaczego nie wrócił pan do kraju - może nie od razu na fali emocji - i nie spróbował się wytłumaczyć, oczyścić z zarzutów? - Bałem się - odparł Wilimowski.

W Niemczach patrzyli na niego początkowo nieufnie, a to za sprawą oświadczenia, które wydał w Katowicach, 26 kwietnia 1939:

„W związku z ostatnimi zarzutami wysuwanymi pod moim adresem na łamach niektórych pism oraz krążącym pogłoskom, jakobym przyznawał się do narodowości niemieckiej, oświadczam, że wszelkie tego rodzaju zarzuty są nieprawdziwe i bezpodstawne, albowiem zawsze - tak dawniej, jak i dziś - byłem i jestem Polakiem i w miarę możliwości pracowałem dla dobra sportu polskiego, tak w zawodach międzynarodowych, jak i w szeregach Klubu Sportowego „Ruch”.

Analogiczne oświadczenie złożyłem swego czasu w zarządzie PZPN. Przesyłając powyższe oświadczenie do wiadomości, proszę o łaskawe umieszczenie go w prasie polskiej”.

Ze sportowym pozdrowieniem,
Wilimowski Ernest”


„Ezi” - zawsze Ernest
W naszym kraju, słysząc nazwisko „Eziego”, wielu reaguje zdziwieniem. Polscy entuzjaści futbolu nie znają słynnego napastnika, który kilka dekad temu potrafił strzelić cztery bramki Brazylijczykom i prezentował nieziemską skuteczność. Bez wątpienia Ernest Wilimowski był postacią dramatyczną - w 1939 roku stanął przed niezwykle ciężkim wyborem pomiędzy futbolem a Śląskiem. Wybrał to pierwsze i wydaje się, że zrobił dobrze. Trudno przecież nazwać zdrajcą człowieka, który chciał po prostu w pełni poświęcić się swojej pasji.  Nie nam, mającym wygodne życie w XXI wieku, go oceniać. Gdy już mieszkał w Niemczech, zawsze podpisywał się jako „Ernest”, nigdy po niemiecku - „Ernst”. Piłkarzem był wybitnym. Takiego go zapamiętajmy.

 

Komentarze (9)

Komentarze (9)

Sortowanie komentarzy: NAJNOWSZY NAJSTARSZY
 
Komentuj...
1.
2012-01-31 18:38:47

Ernest Wilimowski strzelił jako pierwszy 4 bramki na mistrzostwach świata to fakt bezdyskusyjny ale Autorze-redaktorze zrobił to w 120 minut najpierw 3 w drugiej połowie a później czwartą dołożył w 119 minucie ustalając wynik na 5:6. Pierwszym co strzelił cztery bramki w 90 minut był Brazylijczyk Ademir podczas IV mistrzostw świata w Brazylii w 1950 roku-mecz Brazylia-Szwecja 7:1 w fazie finałowej. Polecam rocznik 1994 tygodnika Piłka nożna gdzie wszystko opisał mistrz-redaktor Roman Hurkowski po wyczynie Olega Salenki. Dwa o Erneście Wilimowskim i jego pogmatwanych drogach i wyborach pierwsi wspomnieli Andrzej Konieczny i Janusz Jeleń "W blasku Złotej Nike" książce o mistrzostwach świata 1930-1970 wydanej w 1973 roku. Kazimierz Górski przytaczaną rozmowę wspomniał w książce "Pół wieku z piłką" wydanej w 1985 roku. Odbył ją w 1974 roku podczas mistrzostw świata w Sonne Post. Polecam spacer do bibliotek. Dopiero po nich "odkryciem" Ernesta Wilimowskiego w latach 90-tych XX wieku zaczął chwalić się Andrzej Gowarzewski.

2.
2012-01-28 19:40:37

E tam. Najlepszym śląskim piłkarzem był inkszy Ernest. Pohl. Wilimowski może być najlepszym polskim...

3.
2012-01-26 12:54:53

...słynny zegar Omega...Wytrzymał próbę czasu, ale nie wytrzymał kibiców Wisły:))
Oczywiście nie popieram takiego działania, ale jako ciekawostkę można wspomnieć, hehe

4.
2012-01-26 09:45:22

za wikipedia:
Protoplastą Junaka była nieoficjalna filia lwowskiego klubu Czarnych założona w 1922 roku w Drohobyczu, której zawodnicy wywodzili się ze środowiska Sokolego. W 1930 klub zmienił swoją nazwę z "Czarni" na "Strzelec" (przy okazji zrywając więzy z Sokołem). W 1931 klub przeszedł pod opiekę administracji państwowej i zmienił nazwę na: Klub Sportowy Przysposobienia Wojskowego i Wychowania Fizycznego "Junak". Pod taką nazwą drużyna zaczęła piąć się w górę: 1932 - mistrzostwo klasy C i 1934 - mistrzostwo klasy B podokręgu karpackiego. W marcu 1937 dotychczasowa nazwa zostaje zmieniona na: Wojskowo-Cywilny Klub Sportowy "Junak" a prezesem wybrano płk Mieczysława Młotka, którego uważa się za ojca sukcesów klubu przerwanych przez wojnę. Mieczysław Młotek zaskarbił sobie przychylność i wsparcie lokalnych przemysłowców (w Drohobyczu odkryto znaczne zasoby ropy naftowej) i sprowadził mnóstwo ligowych graczy z najlepszych klubów w Polsce. Do ligi lwowskiej (jedna z najbardziej prestiżowych lig okręgowych w przedwojennej Polsce) WCKS "Junak" awansował już w 1937, a wygrał ją w sezonie 1938/1939. W tym czasie WCKS "Junak" był niemal pewnym kandydatem do wygrania swojej grupy eliminacyjnej do ligi państwowej. Poza "Junakiem" uczestniczyły w niej: Śląsk Świętochłowice, Legia (!!!!) Poznań i Śmigły Wilno. 27 sierpnia 1939 odbył się ostatni mecz "Junaka". II wojna światowa stanowi koniec historii tego klubu. Większość piłkarzy "Junaka" wraz ze swym prezesem, płk Młotkiem, uczestniczyła w działaniach wojennych w szeregach Wojsk Polskich na Zachodzie, stanowiąc jednocześnie trzon sławnego wojskowego zespołu piłkarskiego "Karpatczyków".

5.
2012-01-26 09:42:13

Junak Drohobycz...To jest temat!!!!

6.
2012-01-26 08:40:40

Ciężko rozstrzygnąć o wyborach Wilimowskiego z dzisiejszego punktu widzenia narodowości. Ja widze w nim postawy i dobre i złe. Dobre to, ze katolik, grał dla Polski, 4 bramki przeciw Brazylii. No a złe- volks lista w 1939, gra dla Niemiec w czasie wojny... Trudno z tymi faktami pogodzić sie. Po jego śmierci napisana została (po niemiecku) książka o E.W. przez jego córkę i zięcia. Podobno, w 1939 r., był blisko przejścia do drużyny Junaka Drohobycz, który montował wielki zespół na owy czas... 1 września '39 i to powstrzymał.

7.
2012-01-25 22:03:44

hehe dobre! Ciul Cie to obchodzi gorolu? Wazne, ze sie postarał, lubie takie tragiczne historie, należy tylko współczuć ludziom z tamtych czasów. dzieki za artykuł p. Marcinie

8.
2012-01-25 21:24:45

oho, kontroler od Tuska z ACTAmi pod pachą się pojawił. Nadgodzinki panie sierżancie?

9.
2012-01-25 21:19:06

Młody - jak mniemam - człowieku, jak piszesz taki tekst wypada podać z jakich opracowań korzystałeś, bo takich rzeczy nie nosi się w głowie. Tym bardziej, że jest to dość odległa historia.

Realizacja: Ideo
Powered by: Edito CMS
Copyright © 2009 Futbolnet Sp. z o.o. Wszelkie prawa zastrzeżone.