Data ostatniej modyfikacji: 22-02-2012 , godz. 22:30

Retro Środa. Omar Sivori

Źródło: futbolnet.pl
Autor: Adam Nowak
Omar Sivori Omar Sivori

Studio argentyńskiej telewizji. Eksperci już dawno zdjęli marynarki i poluzowali krawaty - właśnie kończy się czwarta godzina dyskusji mającej na celu wyłonienie najlepszego piłkarza w historii. Nagle obraz znika, słychać krzyki i tajemnicze trzaski. Wizja wraca po kwadransie, przerażony prowadzący odczytuje, jak skwapliwie zaznacza, polubowny komunikat: „Diego Armando Maradona był najwybitniejszym piłkarzem na świecie i jednym z lepszych w Argentynie”.

Nie do wiary, ale podobno powyższa sytuacja nie miała miejsca. To tylko dowcip. Podobno brazylijski. Umówmy się: co Brazylijczycy wiedzą o futbolu? Kiedy nad La Platą rywalizowały najlepsze drużyny świata, w Brazylii nie bardzo kojarzono, co to takiego ta piłka i jak się ją kopie, a puenta tej historyjki jest przecież jak najbardziej prawdziwa. Maradona był najlepszym piłkarzem na świecie - żaden Argentyńczyk nigdy temu nie zaprzeczy - ale w ojczyźnie tanga było wielu nie gorszych, jeśli nie lepszych. Przykłady? Pierwsze z brzegu: Guillermo Stabile, Alfredo Di Stefano, Omar Sivori, Daniel Passarella, Leo Messi. Zacny zestaw nazwisk, zacny.

Kto zacz?
Tylko, za przeproszeniem, kto to ten Sívori?

Enrique Omar Sivori wielkim piłkarzem był i basta! Typowo argentyński piłkarski wynalazek: nieduży (163 cm wzrostu), świetny technicznie i oczywiście pyskaty. Nominalnie napastnik, w rzeczywistości raczej mózg zespołu, piłkarz niedający się przypisać do żadnej pozycji. Równie groźny pod bramką przeciwnika, jak i trochę dalej od niej, w roli regulującego tempo gry. Obdarzony iskrą geniuszu, równocześnie skażony ładunkiem arogancji charakteryzującym wielu jego rodaków. Nieprzypadkowo Argentyńczycy to najmniej lubiana nacja na kontynencie i trzeba przyznać, że  - zwłaszcza na boisku -  ich mentalność częściej przyczynia się do pięknych katastrof niż wielkich zwycięstw. Sivori mógłby długo opowiadać na ten temat.



Intrygujący jest już przegląd przydomków, jakimi go obdarzano. Był więc „Wiewiórką” (charakterystyczny zgryz), ale też „Mózgowcem” („El Cabezon”) - to z racji niespotykanie wielkiej głowy i wpływu, jaki wywierał na grę. Już w latach 80. w Italii nazywano go „Maradoną lat 60.”. Ciekawe, czy był zachwycony porównaniem? W ojczyźnie jednak, razem z kilkoma kolegami, po dziś dzień znany jest jako „Brudna twarz”. Ale po kolei…

Okres argentyński
Sivori, jak wielu argentyńskich piłkarzy przed i po nim, wychowywał się w prowincjonalnej mieścinie, a jako nastolatek znalazł się w orbicie zainteresowania jednego z wielkich klubów Buenos Aires. W jego przypadku było to River Plate i długo przed dwudziestymi urodzinami zadebiutował w pierwszym składzie, błyskawicznie stając się jednym z liderów zespołu. Grali w nim uznani weterani, tacy jak Labruna lub Loustau, jednak bez Sivoriego o ligowe triumfy w 1955 i 1956 roku byłoby dużo trudniej.



Równie szybko znalazł się w reprezentacji. W tym miejscu trzeba się jednak cofnąć o dekadę. W latach 40. XX wieku w Ameryce Południowej rywalizacja piłkarska trwała w najlepsze, nie przejmowano się toczącą się gdzieś za oceanem, a właściwie oceanami, wojną. Przeciwnie, w wielu krajach regionu wojna napędzała koniunkturę, bo Jankesi kupowali na pniu nadwyżki żywności. Szczególnie skorzystała, słynąca z hodowli bydła, Argentyna. Wzrost dobrobytu, paradoksalnie, utorował drogę do władzy Juanowi Peronowi, który postanowił zadbać o najbiedniejszych poprzez zapewnienie im szeregu osłon socjalnych. Idea zacna, niestety praktyka z reguły wystawia słony rachunek. Jeśli nie od razu, to po latach, co przytrafiło się i Argentynie.

Reprezentacja
Społeczna rewolucja doraźnie poprawiła sytuację milionów Argentyńczyków, jednak nie miała większego wpływu na życie piłkarzy i, co równie ważne, na warunki ich zatrudnienia. Nic dziwnego. Nawet w „cywilizowanym” piłkarskim świecie casus Bosmana stanie się obowiązującym prawem dopiero pół wieku później. W 1947 Argentyna zwycięża w Copa America - jedyne mecze Di Stefano w kadrze - chwilę później rozpoczyna się strajk zawodników i profesjonalne rozgrywki właściwie tracą sens. Najlepsi argentyńscy piłkarze emigrują do Kolumbii, gdzie funkcjonuje świetnie opłacana „dzika” liga. Reprezentacja nie bierze udziału w eliminacjach mistrzostw świata w 1950 i 1954 roku. Na Maracanie tytuł mistrzowski przypada jeszcze Urugwajowi, ale Brazylia jest podrażniona jak nigdy przedtem. W chwili debiutu Sivoriego w reprezentacji (1956) nowy układ sił na kontynencie nie jest ostatecznie przesądzony. Rok później Argentyna łatwo wygrywa 25. edycję Copa America - w ostatnim meczu mogła sobie pozwolić na porażkę z peruwiańskimi gospodarzami, wcześniej ograła i Brazylię, i Urugwaj. Furorę robi atak Corbatta-Maschio-Angelillo-Sivori-Cruz.

Juventus
Turniej kończy się na początku kwietnia, w maju Sivori gra ostatnie spotkanie w barwach River i odchodzi do Juventusu za rekordową kwotę 10 milionów peso. W tym samym czasie do Włoch udają się również Angelillo i Maschio. Żaden z nich nie zagra już w reprezentacji Argentyny, a trio zostanie zapamiętane jako „Aniołowie o brudnych twarzach”. To nawiązanie do gangsterskiego filmu z Jamesem Cagneyem, w którym przyjaciele z dzieciństwa, ksiądz i kryminalista, rywalizują o rząd dusz nad dzieciakami z dzielnicy. Określenie podkreśla radosny, ofensywny, „dziecięcy” styl gry wymienionego tercetu, równie mocno odzwierciedla poczucie zdrady dominujące wówczas w okolicach Buenos i Rosario - Argentyna na mistrzostwa świata w 1958 roku awansowała, ale wsławiła się głównie porażką 1:6 z Czechosłowacją. Występujący w Europie piłkarze pewnie by mogli zagrać w Szwecji - w innych reprezentacjach zdarzały się takie powroty - jednak podrażniona narodowa duma i w tym przypadku drogo kosztowała Argentyńczyków.



Sivori był już wówczas wielką gwiazdą we Włoszech. Dla Juve grał do 1965 roku, w samej lidze strzelił 134 bramki, a trzeba pamiętać że nie był klasycznym egzekutorem. W tym czasie sięgnął po trzy tytuły mistrza kraju i dwa Puchary Włoch, w 1960 z 28 trafieniami został królem strzelców Serie A. Obok, tak jak w reprezentacji, miał świetnych partnerów. Na środku ataku grał kapitalny Walijczyk John Charles (jeśli w Cardiff lub okolicach urodził się kiedykolwiek lepszy piłkarz, to był nim Ryan Giggs): tworzyli zabawny duet - Charles był od Sivoriego o głowę wyższy. Magiczne trio („Il Trio Magico”) dopełniał Giampiero Boniperti, kapitan zespołu, jedna z legend „Starej Damy”, nie tak skuteczny jak w latach młodości, choć nadal potrafiący ukąsić. Rzeczona trójka strzelała po 60-70 goli w sezonie. Z oceną ówczesnego Juventusu jest taki problem, że w kraju dominował, ale regularnie zawodził w Pucharze Mistrzów. O ile można zrozumieć odpadnięcie po walce, w dodatkowym meczu, z Realem Madryt w sezonie 1961/62, o tyle porażka poniesiona z Wiener SC dwa lata wcześniej to zagadka rodem z archiwum X. W pierwszym meczu Juventus wygrywa - po bramkach naszego bohatera - 3:1, by w rewanżu dostać siedem ciosów. 0:7. Austriacka piłka stała na wyższym poziomie niż dziś, ale żeby aż tak?

Oto jedenastka wszech czasów „Starej Damy”:



Reprezentacja, ale… Italii
W 1961 roku dostaje, jako drugi Argentyńczyk, Złotą Piłką tygodnika „France Football”. Jest to możliwe dzięki europejskiemu paszportowi, a dziennikarze doceniają nie tylko klubowe osiągnięcia nowego Włocha, ale i jego reprezentacyjny bilans z rzeczonego roku - dla Italii w pięciu meczach strzelił osiem bramek. W następnym już nie było tak dobrze. Włochy na turnieju w Chile zanotowały klapę, a jedną z  przyczyn był nadmiar naturalizowanych zawodników w kadrze. Także FIFA dostrzega problem - oprócz Włochów masowo importują reprezentantów Hiszpanie - i wkrótce zakazuje gry dla więcej niż jednej reprezentacji.

Nie oznacza to końca reprezentacyjnych perypetii Argentyńczyka. Przed mistrzostwami świata w 1966 argentyńska federacja sonduje możliwość gry w kadrze Sivoriego i Maschio (również grał dla Włoch w 1962 roku), jednak FIFA stanowczo odmawia. Obaj panowie próbują odkuć się w inny sposób i wkrótce zostają selekcjonerami. Najpierw Maschio przyczynia się do odpadnięcia Argentyny z MŚ ‘70: „Albicelestes” eliminacje kończą na trzecim miejscu w grupie, za Peru i Boliwią! Cztery lata później Sivori „robi” awans na mistrzostwa świata w RFN i skłóca się z całym światem, za co ekspresowo traci pracę. Fatalny zbieg okoliczności? Niekoniecznie. Równie źle wyglądał ostatni mecz w sportowej karierze. 18 grudnia 1968 roku Napoli, gdzie grał od 1965 roku, rozgrywa spotkanie z… Juventusem i Sivori zostaje wyrzucony z boiska. Otrzymuje karę zawieszenia i na boisko w oficjalnym spotkaniu już nie wraca.

Zmarł w 2005 roku w mieście urodzenia, San Nicolas de los Arroyos, w wieku 69 lat. Dziś jest pamiętany przez coraz mniejsze grono ekspertów, nie istnieje w szerokiej kibicowskiej pamięci. Upływ czasu jest bezwzględny, zwłaszcza dla gwiazd sprzed ery telewizyjnej. Choć trzeba przyznać, że najmocniej szkodził sobie sam Sivori. Gdyby w tym 1958 roku Argentyna zagrała w pełnym składzie…

 

Realizacja: Ideo
Powered by: Edito CMS
Copyright © 2009 Futbolnet Sp. z o.o. Wszelkie prawa zastrzeżone.