Data ostatniej modyfikacji: 15-02-2012 , godz. 10:00

Wiesław Wraga: Lenczyk rozwalił widzewski charakter

Wiesław Wraga Wiesław Wraga

Wiesław Wraga, rocznik 1963. Dla Widzewa zagrał w 165 ligowych meczach, strzelił 12 bramek. W europejskich pucharach w barwach łódzkiego klubu rozegrał 22 mecze i zaliczył pięć trafień. W sezonie 1982/83 dotarł z Widzewem do półfinału Pucharu Mistrzów, z reprezentacją U-20 wywalczył brązowy medal MŚ w 1983 roku. W pierwszej reprezentacji Polski zagrał jeden mecz.

Były znakomity piłkarz nie oszczędza nie tylko Oresta Lenczyka, ale i Dariusza Dziekanowskiego, Sylwestra Cacka czy Mirosława Tłokińskiego. Jest ostro…

- Dlaczego w 1982 roku wybrał pan łódzki Widzew? Był pan kapitanem juniorskiej reprezentacji Polski, która zajęła czwarte miejsce w ME i ustawiła się po pana pokaźna kolejka klubów...

- Wtedy mogłem sobie wybrać każdy klub w Polsce. Widzew był mistrzem Polski i sam skład, który wtedy był, zachęcał do tego, by spróbować sił w tym klubie. Gra z tymi chłopakami to była frajda. Była też szansa na grę w europejskich pucharach i właśnie to zaważyło na moim przejściu do Widzewa. W momencie, gdy wszedłem do szatni, to już nie byli piłkarze oglądani w telewizji, ale kumple z drużyny. Z rodzinnego Stargardu Szczecińskiego na stadion Pogoni miałem 40 kilometrów. Do Poznania, na Lecha, 200. A wybrałem miasto, do którego było mi najdalej. Bo Widzew był mistrzem Polski. Nie skusiły mnie pieniądze, w innych klubach oferowali mi więcej.

- Wtedy z klubu odszedł Zbigniew Boniek. Czy był pan kreowany na jego następcę? Graliście na tej samej pozycji...

- Chyba nie, bo wówczas nie tylko Boniek odszedł. Z klubem pożegnał się też Władysław Żmuda, wcześniej odszedł Andrzej Możejko, a gotowy do wyjazdu był też Marek Pięta. Akurat w 1982 roku w Widzewie było 7-8 nowych zawodników, a z tej kadry juniorów, o której pan mówi, przyszło nas czterech. Oprócz mnie był Mirosław Myśliński, Mirosław Kuniczuk i Dariusz Waśniewski. Czy byłem następcą Bońka? Prasa pisała, że nowy Boniek nazywa się Wraga. Ale ja nie byłem Bońkiem, byłem Wragą. Przyszedłem do Widzewa, żeby dobrze grać w piłkę.



- Czy prezes Sobolewski musiał pana jakoś specjalnie przekonywać, żeby przyszedł pan do Widzewa? Krążą legendy o sposobach pozyskiwania zawodników przez ten klub...

- Widzew w tamtych latach był najbardziej operatywny. Mojemu klubowi, Błękitnym Stargard Szczeciński, zależało na tym, żeby mnie sprzedać. Chciałem, by klub też na tym skorzystał. Same pieniądze w tamtym czasie nie były najważniejsze. Młodym ludziom jest dziś ciężko zrozumieć, ale wtedy za pieniądze nic nie można było kupić. Błękitni załatwili sprawę w ten sposób, że przez długi czas byli najlepiej ubranym klubem w Polsce spośród trzecioligowców. Grali w sprzęcie Adidasa, który ja sam przywoziłem do Stargardu. Widzew dostał ten sprzęt od Juventusu w ramach transferu Bońka i odesłał go Błękitnym. Macierzysty klub mi nie narzucał, gdzie mam iść. Miałem wolny wybór w kwestii nowego pracodawcy.

- Przychodził pan do klubu mając 19 lat. Jak załatwiono sprawę wojska (wówczas obowiązywała powszechna służba wojskowa - red.)?

- Miałem kilka biletów powołania do wojska, które się jakoś odraczały. Byłem też na studiach, a w wieku 22 lat zachorowałem na serce i to zdecydowało o tym, że nie poszedłem do wojska. Miałem kilkanaście różnych komisji wojskowych, na których było zadawane proste pytanie: „Czemu gra pan w piłkę, a nie idzie do wojska?”. Odpowiadałem, że w piłkę gram na własną odpowiedzialność, a do wojska nie pójdę.

- Zapalenie mięśnia sercowego, które było wynikiem niezaleczonej grypy, przetrąciło pańską karierę...

- W chwili, gdy zachorowałem, moja kariera wyglądała podręcznikowo. Od trampkarza poprzez juniorów, okręgówkę, trzecią ligę, drugą ligę, trafiam do drużyny mistrza Polski. Gram w pucharach, strzelam bramki, jestem na szczycie, dostaję powołanie do reprezentacji, mam jechać na tournee do Meksyku i nagle jest choroba. I nie jest to wrzód na czymś tam, tylko naprawdę bardzo poważna choroba. Wielu było takich, którzy spisali mnie na straty, a ja miałem dopiero 22 lata. Moją prawdziwą karierę przekreśliła właśnie ta choroba. To, co sobie zbudowałem przez wiele lat, w pewnym momencie runęło. Zostałem z tym sam i trzeba było sobie radzić. Żeby wrócić do dyspozycji sprzed choroby, potrzebowałem półtora roku.

- Podczas tej choroby miał pan wsparcie od klubu?

- Szpital był załatwiony, ale w klubie też myśleli, że ja do grania nie wrócę. Po co inwestować w kogoś, kto już do sportu nie wróci? Po rozmowie z prezesem Sobolewskim daliśmy sobie czas - klub pomaga mi do pewnego dnia i jeżeli okaże się, że nie będę mógł grać w piłkę, to dziękujemy sobie za współpracę piłkarską i podejmujemy ją na innych płaszczyznach. Na pewno nie było to na zasadzie „Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść”.

- Dziś trenuje pan dzieci. Gdy któreś z nich przyjdzie na zajęcia przeziębione, wygania je pan do domu?

- Na spotkaniach z rodzicami mówię o tym i uczulam na to. Mnie nie miał kto uczulić, choć był lekarz, który wiedział, że gram z 40-stopniową gorączką. Gdyby on powiedział wtedy: „Nie graj, nie możesz”, prawdopodobnie inaczej by to wszystko wyglądało, bo nie byłoby choroby. Dlatego zwracam na to uwagę i rodzice wiedzą, że nawet jeśli jest to mały katar, lepiej sobie odpuścić dwa-trzy treningi i mieć czyste sumienie. Wszyscy rodzice znają mój numer telefonu i mają dzwonić jak dziecko jest chore. W tym wieku lepiej odpocząć dwa tygodnie dłużej, niż minutę za wcześniej zacząć, a potem mieć wzajemne żale. Ja do pewnych ludzi mam żal do dzisiaj. Nie chciałbym, żeby rodzice mieli do mnie pretensje, że przeze mnie coś się stało ich dziecku.

- Liczył pan ile razy opowiadał o bramce strzelonej Liverpoolowi?

- Nie, tego się nie da policzyć. Zawsze powtarzam jedną rzecz, bo wszyscy pamiętają tę jedną bramkę. A ja w europejskich pucharach strzeliłem ich pięć.



- Wszystkie równie ważne...

- Ważne i bardzo ładne. Ja nie tylko z Liverpoolem trafiłem. Zresztą z kim bym nie rozmawiał, pytają mnie o tę bramkę. Pan też zapytał.

- Po chorobie wrócił pan do klubu, który w kraju już nie był takim mocarzem. Dlaczego w drugiej połowie lat 80. Widzew słabł.

- To już nie była ta drużyna, ludzie nie mieli takiego charakteru jak wcześniej. Poza tym byli pewni trenerzy, którzy rozmydlali to wszystko. Dla mnie początek destrukcji widzewskiego charakteru miał miejsce za kadencji, wychwalanego teraz przez wielu ludzi, Oresta Lenczyka. On zepsuł atmosferę w klubie i rozwalił widzewski charakter.



- Jak to było z tym charakterem? Podobno na treningach zrzucaliście się do kapelusza i graliście o zebraną kwotę. Dużo można było zarobić?

- Były słynne środowe gierki, podczas których była ustalona kwota, o którą się grało. Dodatkowe pieniądze były za różnicę bramek, którą się wygrywało. Zapewniam jednak, że stawki były symboliczne. Niektórym przeżyć taką gierkę było trudniej niż mecz. Jak ktoś ją przeżył, to był sygnał, że nadaje się do ligowej walki. Podczas tych gierek krystalizował się skład. Jeśli ktoś wtedy odstawił nogę, to znaczyło tyle, że nie nadaje się do tego by grać w Widzewie mecze ligowe. Zawsze się śmiali, że słabsza kość pęka. Podczas takich gierek było sporo kontuzji, po których zdarzało się, że zawodnik długo musiał się leczyć. Jak ktoś przyszedł po raz pierwszy na nasz trening, to był ciężko zdziwiony, że takie rzeczy się w Widzewie dzieją, że koledzy ze sobą tak grają.

- Teraz jest chyba odwrotnie, bo na ostrą grę na treningach szkoleniowcy raczej nie pozwalają...

- Nie mylmy dwóch pojęć: gry ostrej i brutalnej. Trzeba dążyć do tego, żeby nie być - powiem tak, żeby się nadawało do publikacji - miękkim, ale twardym. Pięknym za nadobne trzeba umieć odpłacić. Jeżeli się nie ma zęba i charakteru, można próbować szczęścia w szachach. Do futbolu trzeba mieć jaja.

- Za pańskich czasów do Łodzi przyszedł Dariusz Dziekanowski. Czy on, chłopak z Warszawy, jakoś się w szatni wywyższał?

- Darka znałem z reprezentacji Polski juniorów. W kadrze juniorów starał się wywyższać, bo on był ze „stolycy”, a my byliśmy z mniejszych klubów, rozsianych po Polsce. A jak przyszedł do Widzewa, to nie miał mi się co wywyższać, bo miałem już swoją markę, a on nie był Bóg wie jakim zawodnikiem. Gdy on przyszedł do Widzewa, to musiał się liczyć z naszym zdaniem.

- W szatni stłamsiliście go na tyle, że nie miał czym oddychać? Podobno dopiero jak wjeżdżał na rogatki Warszawy otwierał okno w samochodzie, żeby pooddychać świeżym powietrzem...

- On sam dzisiaj żałuje tych słów. Darek nie pasował do tego zespołu pod względem charakteru i to trzeba jasno powiedzieć. Nikt mu nie robił krzywdy, bo wiadomo, że stanowiliśmy jeden zespół. Było mówione: gramy na „Dziekana”, bo „Dziekan” jest od tego, żeby strzelać bramki. Jak wygrywaliśmy razem, to szliśmy do kasy, jak przegrywaliśmy, to nic z tego nie mieliśmy.

- W sezonie 1989/90, zakończonym spadkiem Widzewa do II ligi, przez krótki okres waszym trenerem był Jan Tomaszewski. W szatni był równie wygadany, jak w telewizji?

- Wygadany może i był, ale wielkim trenerem nie. Pracował u nas miesiąc. W tym sezonie szkoleniowców było wielu. Nasz spadek był zasługą panów trenerów Pawła Kowalskiego i Marka Wozińskiego, bo drużynę personalnie mieliśmy dobrą. Byliśmy wtedy źle przygotowani. Mogliśmy wtedy biegać w maratonach, a nie grać w piłkę.



- Legendy Widzewa nie potrafią dogadać się z obecnymi władzami klubu. Ten brak zrozumienia najbardziej był widoczny podczas obchodów stulecia klubu w 2010 roku.

- To nie jest tak, że my nie chcemy porozumienia. To z nami nie chcą. To są ludzie, którzy uważają, że my dla tego klubu nic nie zrobiliśmy. Ja tego nie wymyśliłem, to jest ich odpowiedź. Oni potrafili powiedzieć o nas: „A co oni dla tego klubu zrobili?”. Im wydaje się, że kierowanie takim klubem, jak Widzew, jest takie samo jak kierowanie bankiem. Im się wydaje, że są najmądrzejsi. Może oni boją się tego, że znamy się lepiej na sprawach sportowych i będziemy im podpowiadać? Chcieliśmy, żeby w Widzewie było tak jak kiedyś, gdy klub był jedną wielką rodziną. Tym ludziom to jednak nie odpowiada. My nie będziemy się narzucać, że my musimy w tym klubie być. Bo nie musimy. Nie będzie pana Cacka, Widzew też będzie.

Czy nie byłoby milej kibicom, gdybyśmy my też przychodzili na mecze? Podam przykład. Idzie dziadek z wnukiem na mecz, siadają obok nas na trybunach i dziadek mówi: ten pan grał, tak się nazywa, a ten tak. Ale na Widzewie tego nie ma, bo nikt z nas tam nie chodzi. We wszystkich klubach w Polsce byłych zawodników się szanuje. We wszystkich, oprócz Widzewa.

My zrobiliśmy wszystko, żeby konflikt załagodzić. Przed pierwszymi obchodami jubileuszu stulecia w maju powiedzieliśmy, że nie będziemy w nich uczestniczyć. Ale chciała nas tam prasa, chcieli kibice, więc na prośbę tych grup wzięliśmy udział w tych obchodach. Tydzień po uroczystości okazało się, że my jesteśmy „be”. Dlatego się nie zgodziliśmy, żeby ktoś z nas robił małpy. Jak jesteśmy potrzebni, to jesteśmy cacy, nie jesteśmy potrzebni, to jesteśmy be. Nie wzięliśmy udziału w głównych obchodach 100-lecia, które były w grudniu 2010 roku. Miałem przyznane trzy medale na tej uroczystości. Niech pan Cacek powiesi sobie je w gablocie i niech sobie je ma. Skoro my nic dla tego klubu nie zrobiliśmy, to nam te medale nie są potrzebne. My byliśmy i jesteśmy gotowi pomagać Widzewowi. Pod warunkiem, że będziemy szanowani i że będzie się z nami po ludzku rozmawiać.

- Jednak nie wszyscy legendarni piłkarze są skłóceni z klubem. Taki Mirosław Tłokiński dogadał się z obecnymi właścicielami...

- Na temat pana Tłokińskiego nie chciałbym się za bardzo wypowiadać. On jedną uwerturę napisał na obchody stulecia i tyle, co się z nimi dogadał. A, mieszka też w Szwajcarii, niedaleko pana Cacka. Niech mi pan poda nazwiska następnych piłkarzy, którzy się dogadali.

- Tomasz Łapiński.

- „Murzyn zrobił swoje, Murzyn musiał odejść”. Wycyckali Tomka ze wszystkich jego danych, różnych kontaktów. I w momencie, kiedy wszystko mieli, powiedzieli mu, że jest niepotrzebny. Jeśli słyszę, że pan prezes klubu mówi, że Józek Młynarczyk to żaden trener od bramkarzy, to ja przepraszam. Kto ma tych bramkarzy uczyć fachu, jak nie facet, który jako bramkarz zdobył prawie wszystko?! Obecni ludzie Widzewa wielu naszych kolegów obrazili: Józka Młynarczyka, Tomka Muchińskiego, Michała Probierza. Tak się nie powinno robić.

- Teraz pracuje pan z dziećmi. Nie ma pan ambicji, by pracować z seniorami?

- Nie, już nie te lata mam, żeby się rzucać na seniorów. Interesuje mnie praca z małymi dziećmi. Tutaj, w Pabianicach, pracuję z dzieciakami 2,5 roku. Piłkarsko są wykarmieni na mojej piersi. Przyjemnie jest patrzeć, jak się sportowo rozwijają.

- W Pabianicach liczą, że wychowa pan drugiego Pawła Janasa (wychowanek Włókniarza Pabianice - red.)...

- Ja chciałbym wychować dziesięciu Janasów, ludzi nawet lepszych niż Janas. A czy się uda, zobaczymy. Chciałbym, żeby ci ludzie nie uwierzyli za szybko, że są dobrzy i wszystko umieją. Ja moim dzieciom powtarzam, że nasze treningi nie różnią się od tego, co robi się w Realu czy w Barcelonie. Każdy musi się nauczyć przyjąć, oddać piłkę, popatrzeć, gdzie ją podać. Ale trzeba się tego nauczyć.

- Jak Widzew poradzi sobie wiosną bez Budki, Dzalamidze i prawdopodobnie Grzelczaka? To duże osłabienia?

- Duże. Z jednej strony dobrze, że w Widzewie już przyznają się do tego, że nie będą grać o mistrzostwo Polski, bo wcześniej takie szumne deklaracje były okłamywaniem wszystkich ludzi. Gramy tym, kto jest w kadrze i na kogo nas stać. Jestem za tym, żeby wprowadzać do zespołu młodych, ale nie może być tak, że mamy samych młodych zawodników. Oni muszą się od kogoś uczyć. Jak dostaną parę meczów w łeb, to na kogo się zgoni? Na tych młodych? Jak przychodziłem do Widzewa, to było nas dwóch młodych: Tadek Świątek i ja, a poza tym było dziewięciu mistrzów Polski. Na pewnej fantazji młodzieńczej można wygrać jeden, dwa mecze, ale nie można jechać całej rundy. Utrzymać się Widzew się utrzyma, ale tą drogą nie da się zbudować zespołu. Budka jesienią był najlepszym zawodnikiem, Dzalamidze był też takim „jeźdźcem”, brał grę na siebie i jechał. Jego już też nie ma.

- Obserwuje pan sytuację w ŁKS? Jakie mam pan odczucia?

- Do dziś mam kolegów z ŁKS-u. Jak był mecz, to się grało przeciw sobie, ale przecież znaliśmy się ze zgrupowań kadry, spoza boiska, mieszkaliśmy na tych samych osiedlach. Jak przychodziłem do Łodzi 30 lat temu, praktycznie w każdej dyscyplinie sportu Łódź była mistrzem Polski. Teraz to jest sportowy Trzeci Świat, Bangladesz. Przykro na to wszystko patrzeć, w Łodzi klubom nikt nie pomaga. Z drugiej strony, ile można ciągnąć prowizorkę? Jeśli prezes nie ma czasu, żeby porozmawiać z Ryśkiem Tarasiewiczem o zespole, to nie dziwię się, że Rysiek odszedł. Ale gdzie w tym wszystkim jest miasto, czemu ono nie pomaga?

- Kto będzie mistrzem Polski według Wiesława Wragi?

- (po dłuższym namyśle) Legia Warszawa. Według mnie ostatnio najlepiej grająca polska drużyna.

Rozmawiał Grzegorz Ziarkowski

 

Komentarze (8)

Komentarze (8)

Sortowanie komentarzy: NAJNOWSZY NAJSTARSZY
 
Komentuj...
1.
2012-02-17 11:18:25

a ja Pana Wieśka znam od kilku lat i moge o Nim mówić w samych superlatywach. dobry człowiek i pomocny kumpel. a dodatkowo żawsze pełny humoru, pożartuje, znajdzie czas na rozmowę. pozdrowienia!

2.
2012-02-17 08:24:36

Fajny wywiad. W ogóle dobry rozmówca. Widać żal w sercu. Wątek dzisiejszego Widzewa został pociągnięty, ale trochę za krótko. Oj, wielu ludzi chyba za Cackiem nie przepada. Oj, wielu... Stary piernik. Myśli, że za pieniążki można dewaluować historię. Otóż, panie Cycek, nie. Są ludzie, którym zawsze będzie zależało na korzeniach.

3.
2012-02-15 16:04:35

Wiesiu my Stargardzianie zawsze będziemy Cię pamiętali. Szkoda, że u nas nie mieszkasz i naszych dzieci nie trenujesz.

4.
2012-02-15 14:47:18

Widzew, niestety, w pierwszej polowie lat 80-tych zaczal "padać" na nazwiska (Wijas, Dziekanowski), pilkarzy ktory nie powrocili Widzewowy ile wydano i to poczatek konca. Do tego choroba Wragi, kontuzja Jaworskiego, ucieczka Kajrysa - odszedl trzon wielkiego Widzewa, a nowy po prostu nie dali rady. Nie bez znaczenia kontekst polityczny (Solidarnosć, kryzys ekonomyczny), sp. Ludwikowi Sobolewskiemu zabraklo czasu by stworzyć europejski klub. Do dzisiaj, Widzew z latach 1975.-1985. to jeden z najlepszych zespolach polskich wsechczasow, a ja mialem przyjemnosć ogladać duzo slynnych meczow (Juventus 2 razy, Borussia M, Liverpool) - piekne chwile. Moze w czwartek Wisla i Legia przypomina o polskiej pilkarskiej switnosci? Pozdraw z Belgradu, Nenad Stoković

5.
2012-02-15 13:25:39

W połowie lat 80-tych był jednym z objawien w lidze. Dla mnie wówczas byl takim "drugim malym Buncolem". Miejmy nadzieje, że W.W. zaistnieje na szczeblu trenerów seniorskich.

6.
2012-02-15 12:46:50

kurcze, jestem z Pabianice, a nawet nie wiedziałem, że Pan Wraga trenuje tutaj dzieciaki... czego to się człowiek nie dowie z futbolnetu...

7.
2012-02-15 11:29:29

Nie będzie pana Cacka, Widzew też będzie.

Brawo, panie Wiesławie, Widzew to my, nie oni!

8.
2012-02-15 10:52:33

Wraga zawsze fajny do czytania, inteligentny gość, ma sporo do powiedzenia, choć podkręciliście brutalnie, że jedzie z Dziekanowskim czy Sobolewskim. Gdyby nie ta choroba serca, pewnie miałby 50 meczów na koncie w kadrze i przynajmniej jeden mundial w Meksyku. Miał niesamowity odjazd i łatwość dryblowania. Piąta bramka Widzewa z meczu z Rapidem pokazuje najlepiej jego szybkość, ale niezła jest też ta akcja z fajnym opanowaniem piłki na małej powierzchni przeciw Moenchengladbach, po której strzelił Smolarek. Super zawodnik, bardzo szkoda pięknej kariery.

Realizacja: Ideo
Powered by: Edito CMS
Copyright © 2009 Futbolnet Sp. z o.o. Wszelkie prawa zastrzeżone.